22 grudnia 2013

Mistrzowski chaos

Do rozpoczęcia Mistrzostw Świata zostało wbrew pozorom już niewiele czasu. Jednak wciąż nie wiadomo, gdzie odbędzie się otwarcie imprezy. Mówiło się o Stadionie Narodowym, ale to wcale nie jest takie pewne...

Najlepsze mistrzostwa w historii zasługują na najwspanialszą oprawę. Stąd też pomysł z meczem otwarcia na Stadionie Narodowym. Moje zdanie na temat siatkówki na obiektach nieprzystosowanych do tego sportu już wyraziłam. Ale ok, chcą sobie robić spektakularne otwarcie z pompą – czemu nie. Jeśli to ma być tylko jeden mecz, nie decydujący o niczym, proszę bardzo. A że można tym zrobić pod górkę własnej drużynie (co było widać jak na dłoni w czasie finałów ME w Kopenhadze), to mało istotny drobiazg.

fot. wikipedia
Co prawda słychać wątpliwości o frekwencję, bo jednak zapełnić halę na kilkanaście tysięcy to nie problem, ale stadion na niemal 60 tysięcy... to już inna sprawa. Ale większość ludzi zapewne przyszłaby choćby z ciekawości, w końcu mecz na stadionie codziennie się nie zdarza. Oczywiście pod warunkiem, że organizatorzy nie zażyczyliby sobie za tę przyjemność jakiejś astronomicznej kwoty, straty za Wrocław jakoś w końcu trzeba odrobić.

Ale kiedy większość sceptyków zdążyła już zaakceptować pomysł meczu na Narodowym... nagle pojawiła się alternatywa w postaci hali w Krakowie, która nota bene, nie jest jeszcze ukończona. Jeśli można tam zrobić otwarcie, to dlaczego nie finały, zamiast w kultowym, ale dużo mniejszym Spodku? A skoro można przenieść otwarcie, to dlaczego nie pozostałe mecze grupowe z udziałem Polaków, zamiast Wrocławia?!

fot. wikipedia
Wrocław to jest dopiero paradoks. Miasto piękne, hala też wcale niebrzydka, tylko... bez klimatyzacji i z powalającą ilością ledwo 6,5 tysiąca miejsc. I to właśnie tam będą grać Polacy, a w takich kolosach jak Ergo Arena czy Atlas Arena w tym czasie będzie hulał wiatr. Bo wątpliwe jest, żeby na mecze drużyn pokroju Wenezueli, Chin czy Australii przyszły tłumy. Nawet Brazylia i Rosja pewnie nie zdołają wypełnić hal choćby w połowie. Dlaczego nie wykorzystano mniejszych obiektów, jak hala w Częstochowie czy Płocku? Czy całe sektory pustych krzesełek rzeczywiście zrobią dobre wrażenie przy transmisjach na cały świat? 

Pomijając jeszcze dość oczywistą oczywistość, jak zysk. Mniej miejsc = mniej pieniędzy ze sprzedaży biletów. Chyba, że powtórzy się sytuacja z tegorocznej Ligi Światowej, gdzie ceny biletów zwalały z nóg. W końcu to Mistrzostwa Świata, prestiżowy turniej, grają Polacy, więc kibice zapłacą... Tyle, że w hali w Krakowie, nawet bilety tańsze o połowę przyniosłyby większe zyski.

Trochę to niepoważne, że im bliżej do Mistrzostw, tym więcej pojawia się niedomówień. Wpadka z Wrocławiem, nagła zmiana planów z Narodowym, dodanie w międzyczasie kolejnej rundy turnieju, żeby hala w Krakowie też dostała mecze Polaków... Żeby się tylko nie okazało, że w dniu inauguracji zmieni się nagle cała formuła imprezy.

3 grudnia 2013

Mały "kamień milowy"

Witajcie!

Dziś mam małą okazję do świętowania - licznik wyświetleń bloga przekroczył 5 tysięcy! Dziękuję Wam za wszystkie komentarze, miło jest wiedzieć, że moje stukanie w klawisze ma sens i do kogoś trafia :)

Chociaż blog powstał w ramach zaliczenia przedmiotu na studiach, po skończeniu semestru nie zamierzałam go porzucać. Nie ukrywam jednak, że ostatnio troszkę go zaniedbałam, co mam nadzieję, już wkrótce się zmieni! Paradoksalnie, rzadsze publikowanie jest powodem prac nad jego udoskonaleniem i czymś... większym, ale może na razie nie będę zapeszać :) W każdym razie, jeśli z moich planów wyjdzie chociaż połowa, będę zadowolona, bo chyba mam przerost ambicji i stawiam sobie zbyt wygórowane cele. Ale podobno trzeba mierzyć wysoko!

Zależnie od czasu i natchnienia, nowy post powinien pojawić się może jeszcze dzisiaj, może jutro. 
(Bo mam nadzieję, że ktoś tu jeszcze zagląda)



Dzięki raz jeszcze, buziaki!

~ Catarinha

26 października 2013

Rewolucja francuska

Stało się, Andrea Anastasi został zwolniony. Jego następca miał być znany, utytułowany, z najwyższej półki... Nowym szkoleniowcem został Stéphane Antiga.

Francuz bez wątpienia spełnia te warunki. Jednak jako zawodnik. W roli trenera nie ma jeszcze żadnego doświadczenia. Tymczasem PZPS oddaje w jego ręce reprezentację Polski tuż przed Mistrzostwami Świata. Co więcej, oczywiście oczekują medalu...

fot. FIVB

Asystentem „Stefana” ma być Phillipe Blain, trenujący do niedawna reprezentację Francji, w tym także Antigę. Trochę to śmieszne, że tak doświadczony szkoleniowiec będzie teraz jedynie pomocnikiem swojego podopiecznego, który w dodatku jest w tej dziedzinie kompletnym żółtodziobem. Nie ulega wątpliwości, że Stéphane na siatkówce się zna, ale z innej perspektywy. Jakoś trzeba zacząć, tylko dlaczego od razu rzucać się na tak głęboką wodę?

Zmiana relacji na linii zawodnicy-trener z koleżeńskich na profesjonalne nie zawsze jest łatwa. Antiga, nazywany „siatkarskim profesorem” cieszy się dużym szacunkiem wśród kolegów z boiska, jak i wśród rywali. Sam twierdzi, że nie ma zamiaru kierować się sympatiami, ale w prowadzonej przez niego kadrze mają grać najlepsi. Po raz kolejny powraca więc temat „Mariusz Wlazły a reprezentacja”...

Wlazły zapowiedział, że pod kierownictwem Anastasiego grał nie będzie. Ale chyba nie odmówi przyjacielowi z boiska, prawda? Na wielu forach siatkarskich można przeczytać, że Antigę wybrano tylko po to, żeby namówić na powrót Wlazłego, Plińskiego i Zagumnego. Jeśli rzeczywiście tak było, to plan wręcz genialny. Tylko co w sytuacji, kiedy okaże się, że forma wyżej wymienionych panów wcale nie pomaga drużynie? Za umiejętności i wszystko, co dali dotychczas drużynie należy im się szacunek, ale nie ma co ukrywać, że swoje lata już mają, a przez cały rok grać na 100% zwyczajnie się nie da.

PZPS narzekał na upór Anastasiego, który trzymał się swojego planu i nie miał zamiaru go zmieniać. Czy można zatem się spodziewać, że na decyzje Stéphane’a związek będzie próbował w jakiś sposób wpływać? Wszak niedoświadczony trener nie będzie miał zbyt wiele do gadania. Z drugiej strony jest Blain, który ma dawać mu wsparcie i pomagać swoim doświadczeniem. Niektóre decyzje pewnie będą podejmowane wspólnie... ale rozliczany z nich będzie w głównej mierze Antiga.

Sam pomysł jego zatrudnienia na początku odebrałam jako... żart. Tak, byłam przekonana, że dziennikarze mający konto na twitterze postanowili zabawić się w trollowanie. Przecież mówiło się o Aleknie, Stoytchevie, Konstantinovie... Mamy Antigę. Czyżby nikt nie chciał prowadzić polskiej reprezentacji? Taka jest siła polskiej siatkówki?
Wśród potencjalnych kandydatów Philippe Blain też się przewijał i chyba nikt nie miałby nic przeciwko, gdyby to on został pierwszym szkoleniowcem. Ale Antiga? Przecież to szaleństwo! Chociaż kto wie, może w tym szaleństwie jest metoda...

Stéphane’a lubią chyba wszyscy kibice, bez względu na sympatie klubowe. Bardzo pracowity, profesjonalny, spokojny, a przy tym uśmiechnięty. Jako trener na pewno zostanie ciepło przyjęty. Ale w przypadku ewentualnej porażki to wszystko przestanie mieć znaczenie... Wszak niejeden miał już okazję się przekonać, co to znaczy „polskie piekiełko”.

5 października 2013

Plus i minus, czyli zwalniać, czy nie?

Lada moment rozstrzygnie się dalszy los trenera Anastasiego. Zdania co do jego dalszej pracy z reprezentacją Polski są podzielone, spójrzmy więc na małe podsumowanie najczęściej pojawiających się argumentów. 

Zaznaczam, że nie jest to moje stanowisko, a jedynie zbiór uwag z wypowiedzi ekspertów, komentarzy na licznych stronach siatkarskich, forach i innych miejscach związanych z siatkówką.


ZA zwolnieniem Anastasiego:

+ Trzy zawalone imprezy pod rząd. Każda w bardzo złym stylu, nawet gorzej niż złym.
+ Utracone zaufanie zawodników. Jak mają ufać trenerowi, który nagle podejmuje bardzo zaskakujące decyzje?
+ Kurczowe trzymanie się jednej szóstki. A kiedy owa szóstka zawiodła, pojawiły się problemy...
+ Brak ogrywania młodych. Co wynika z poprzedniego punktu, kiedy Fabian miał ratować sytuację, ta praktycznie była już nie do uratowania, nawet przez doświadczonego rozgrywającego, a co dopiero przez zestresowanego nową sytuacją chłopaka.
+ Przy poprzednich zmianach trenera pojawiały się medale. Srebro MŚ 2006, Mistrzostwo Europy 2009, następnie pasmo sukcesów rozpoczęte podium Ligi Światowej 2011.
+ Granie w kadrze nie za zasługi, a za umiejętności. Powołanie otrzymywaliby aktualnie najlepsi, a nie zasłużeni, czy ulubieńcy trenera. Być może do reprezentacji powróciliby „wielcy nieobecni”.

fot. FIVB

PRZECIW zwolnieniu Anastasiego:

- Do Mistrzostw Świata zostało bardzo mało czasu. Nowy szkoleniowiec musiałby śledzić cały sezon ligowy, aby dokładnie poznać zawodników. Wiąże się to z tym, że nie mógłby jednocześnie prowadzić żadnego klubu.
- Nowy trener powinien być fachowcem z „górnej półki”, jeśli chcemy osiągnąć dobry wynik. A z tych niewielu jest aktualnie wolnych. Jeśli już, to raczej nie są zainteresowani pracą w Polsce.
- Gigantyczna presja ciążąca na nowym trenerze. Jeśli ktoś mówi, że jest przyzwyczajony do pracy w trudnych warunkach, chyba nie pracował w Polsce. Kibice są świetni, to fakt. Dopóki się wygrywa. Podobnie jest z dziennikarzami, działaczami, sponsorami... Wiadomo, każdy chce sukcesów, ale balonik pompowany przed kolejnymi imprezami wręcz przytłacza. A potem pęka z hukiem.
- Jedni dostali wolne, inni dostali szansę. Andrea Anastasi postawiony pod ścianą jednak zweryfikował swój pomysł na prowadzenie kadry. Nie jest powiedziane, że po nieudanym występie w europejskim czempionacie, trener nie zmieni podejścia.
- Warunki kontraktu wymagają wyników tu i teraz. Dostając wynagrodzenie za sukcesy, nikt nie będzie patrzał w przyszłość i budował perspektywicznej kadry na lata, kosztem aktualnie gorszych rezultatów. Może warto byłoby przedyskutować pewne sprawy i wprowadzić poprawki w kontrakcie.
- Wypalenie w drużynie następowało po mniej więcej dwóch latach wspólnej pracy z poprzednimi trenerami. Inne reprezentacje potrafią mieć jednego szkoleniowca nawet przez dekadę, więc może to nie w osobie trenera leży problem, ale trzeba poszukać go gdzie indziej?
- Olimpiada w Rio to wcale nie tak odległa perspektywa. Jeśli kolejny trener pożegnałby się z posadą tuż przed Igrzyskami, poprawienie wyniku z Londynu pewnie byłoby mało prawdopodobne.
- Byłoby to kolejne zerwanie kontraktu przed jego końcem. Może jeszcze za pośrednictwem twittera, jeśli chcemy być nowocześni. Jak tak dalej pójdzie, nikt nie będzie chciał tu pracować.

fot. FIVB

Decyzji jeszcze nie ma, ale media już Anastasiego wyrzuciły. Zastanawiam się tylko, jak trener będzie się z tym czuł, jeśli okaże się, że jednak zostanie. To chyba żadna przyjemność chodzić do pracy ze świadomością, że szef i większość współpracowników dookoła cię nie chcą.

A Wy, po której stronie jesteście?

24 września 2013

Wojna polsko-bułgarska

Czy wzajemna nienawiść kibiców tych dwóch krajów się kiedyś skończy?

Polska-Bułgaria, mecz barażowy, mecz o być albo nie być na tegorocznych ME. Jednak zamiast do wsparcia „swoich”, niektórzy nawołują do... chamstwa w stronę rywali. Ponownie Michał Kubiak, będący w ostatnich dniach prawdziwą gwiazdą mediów, rozchwytywany przez dziennikarzy z uwagi na swoje szczere do bólu wypowiedzi, sprawił, że w środowisku siatkarskim zawrzało. 

- Kibice w Bułgarii przyjęli nas po chamsku, więc mam apel, żeby nasi fani zrewanżowali się tym samym. Niech też chamsko odnoszą się do rywali - wypalił 25-letni przyjmujący, wprawiając dziennikarzy w osłupienie. Kiedy ci dopytywali, czy to oznacza, że powinni też rzucać przedmiotami w bułgarskich siatkarzy, odparł błyskawicznie: - Niech rzucają.

sprawca zamieszania.

Taką wypowiedź mogliśmy przeczytać na łamach wp.pl. O zachowaniu Bułgarów pisałam już tutaj i chociaż nic nie usprawiedliwia buractwa, zdaję sobie sprawę, że mieli prawo być wściekli. Cała afera zaczęła się zresztą od sędziowania. Co mamy tym razem? Ze strony komentatorów, ekspertów i kibiców na arbitrów spada lawina krytyki. A jeśli takie same pomyłki będą się zdarzać w decydujących meczach?

Nie ma co analizować „co by było gdyby”, jeśli ponad rok temu w Sofii nie padłyby pamiętne słowa o pastuchach. Za to i wiele innych wyzwisk, które padły kiedy wojna przeniosła się do Internetu, Bułgarzy postanowili zrewanżować się w Warnie na meczach tegorocznej Ligi Światowej. Polacy dotkliwie przegrali, zostali wygwizdani, ale tym razem z trybun nic nie leciało na boisko, nikt nie ucierpiał, można by zamknąć temat. Siatkarze po meczu podają sobie ręce, kibice też mogliby zakopać wreszcie topór wojenny. Ale nie!

Bo oto nadarza się idealna okazja do zemsty, mecz z Bułgarami na własnym podwórku. Mecz o wszystko, o dalszy występ w Mistrzostwach Europy. Bułgarzy pewnie mają spore apetyty, ale tak naprawdę nic nie muszą. To Polacy mają wręcz obowiązek awansować, bo jednak gospodarz turnieju odpadający na tak wczesnym etapie – no przyznacie sami, trochę to wstyd. 

Tylko dlaczego zdaniem Kubiaka, na chamstwo mamy odpowiadać chamstwem? Podobno polscy kibice są najlepsi na świecie. Dlaczego mamy zmieniać się w kiboli i zniżać do poziomu bułgarskich pastuchów, tak ostro krytykowanych wcześniej przez samych siatkarzy? Czy nie lepiej byłoby przywitać przeciwników z klasą, a w czasie meczu zgotować im piekło dopingiem – ale kulturalnym, bez wyzwisk, gwizdów i obrzucania czym popadnie? Pokazać bułgarskim kibolom, jak powinien zachowywać się gospodarz imprezy?

nie wszyscy Bułgarzy to pastuchy.

Znając charakterek Kubiaka (oczywiście na tyle, na ile można go poznać przez jego liczne wypowiedzi w mediach) pozostaje mieć nadzieję, że to tylko prowokowanie rywali przed meczem, żeby wytrącić ich z równowagi. Trzeba jednak mieć na uwadze, że takie słowa rozchodzą się po świecie bardzo szybko, co pokazuje przykład „pastuchów”. Dobrej opinii nam to raczej nie wyrobi. A i niektórzy polscy kibice mogą apel pana Michała wziąć na serio...

21 września 2013

Na skróty do finału

Systemy turniejów są tak organizowane, że często w grupie bardziej opłaca się przegrać, niż wygrać. Nie inaczej jest tym razem...

Ledwo zaczęły się Mistrzostwa Europy... nie, stop! Jeszcze zanim one się zaczęły, na wszelkiej maści forach internetowych analizowana była turniejowa drabinka, czyli wszelkie możliwe scenariusze, kto, z kim, dlaczego i co zrobić, żeby tylko nie trafić na Rosję.

Nie mogło to umknąć uwagi dziennikarzy, którzy podchwycili temat. I oto w rozmowie z Michałem Kubiakem dla Przeglądu Sportowego, mogliśmy przeczytać takie wypowiedzi:

"Jakieś kalkulacje są niewykluczone. Po to są tworzone systemy rywalizacji, żeby czasami móc je nagiąć i kontrolować. Jeśli system na to pozwala, czemu z tego nie skorzystać? Każdy woli mieć przecież w swojej pracy łatwiej, niż trudniej."
 

Teraz siatkarze zarzekają się, że nie interesują ich wyniki w innych grupach i skupiają się tylko na swojej dobrej grze. Najlepiej jest wygrać grupę, wtedy nie trzeba będzie się o nic martwić. Gdyby jednak powinęła im się noga i czekały ich baraże... czy znowu trzeba będzie przegrać, żeby nie trafić na Rosję? Która wcale wygrać swojej grupy nie musi, co pokazuje wczorajszy mecz...

W dalszej części wspomnianego wywiadu Michał jednak twierdzi, że aby zdobyć mistrzostwo, trzeba wygrywać z najlepszymi, więc ani „ustawiona” pod gospodarza drabinka, ani kombinacje nie zasługują na pochwałę. Owszem, nie zasługują. Jak to się ma w takim razie do pamiętnego meczu ze Słowacją dwa lata temu? Kiedy to podobno trener Anastasi przed meczem powiedział „panowie, wiecie, co macie zrobić”? Ostatecznie Polacy zdobyli brąz, wiadomo – medal cieszy, ale jakiś niesmak pozostał.

Poza tym, jeśli już gdzieś mieć zasady fair play, bo skoro system nakłania do kombinowania, to trzeba to wykorzystać, to może chociaż pomyśleć o kibicach, którzy płacąc za bilet, chcą obejrzeć dobre widowisko, a nie żenadę.

Czy kombinowanie rzeczywiście się opłaca, czy lepiej mimo wszystko walczyć uczciwie? Przykład z MŚ 2010 pokazał, że niekoniecznie uczciwi lepiej na tym wyjdą. Wiadomo, jak skończył Daniel Castellani. A tymczasem Brazylia przegrała z Bułgarią mecz, którego żadna ze stron wygrać nie chciała i w efekcie zdobyli złoto. Ułatwili sobie drogę? Być może, jednak z grą, jaką wtedy prezentowali, nie miało to większego znaczenia. Rzekomo manewr ten miał na celu uniknięcie Kuby, z którą i tak spotkali się w finale i zlali ich 3:0.

Kombinowanie i tak prędzej czy później może się zemścić. Żeby wszystko poszło zgodnie z planem, nie można sobie pozwolić na żadne potknięcie, w przeciwnym wypadku możemy być świadkami spektakularnej klapy. W takim razie, dobrze mogą na tym wyjść jedynie silne i regularnie grające drużyny. Ale jeżeli gra się dobrze, to po co w ogóle kombinować?

Czy medal wywalczony „drogą na skróty” cieszy tak samo jak ten zdobyty uczciwie, po walce z najlepszymi?


Tak, wreszcie powracam, po dość długiej przerwie spowodowanej niekończącym się remontem ;)

8 sierpnia 2013

Sul-Americano

...czyli turniej jednej drużyny, emocje jak na grzybach, a na końcu i tak wygrywa Brazylia.

Przedwczoraj w Cabo Frio, mieście położonym w stanie Rio de Janeiro, rozpoczęły się Mistrzostwa Ameryki Południowej, czyli Sul-Americano.

W turnieju prym wiedzie Brazylia, od samego początku jego istnienia. Na 29 edycji rozgrywek, Canarinhos zwyciężyli 28 razy. W 1964 roku po złoto sięgnęła Argentyna... bo Brazylijczycy nie startowali.

fot. CBV

Taki bilans może demotywować. Argentyńczycy jednak mają o co walczyć, bo dwa pierwsze miejsca dają przepustki na przyszłoroczne Mistrzostwa Świata w Polsce.

Dotychczas rozgrywki toczyły się systemem „każdy z każdym”, w tym roku postanowiono zmienić formułę. Drużyny zostały podzielone na grupy po trzy ekipy, następnie miały być półfinały i finał. Szyki organizatorom pokrzyżowała reprezentacja Wenezueli, która z powodu problemów z lotem nie dotarła do Brazylii i wycofała się z turnieju. Powrócono więc do starego systemu.

Póki co, kibicom raczej nie grozi stan przedzawałowy przy oglądaniu meczów. Pojedynki z takimi potęgami jak Chile czy Kolumbia nie stoją raczej na wysokim poziomie, a najbardziej dobitną tego ilustracją jest wynik meczu z Paragwajem: 25:7, 25:9, 25:5. Jedynym rywalem z „wyższej półki” wydaje się być Argentyna, chociaż po tym, co pokazali w Lidze Światowej, też raczej nie można oczekiwać cudów.
fot. CBV

Jednak o dziwo, Brazylia nie wystawiła na turniej rezerw, ale wybrała się w najsilniejszym aktualnie składzie. Do drużyny po operacji kręgosłupa powrócił Sidão, reszta to ekipa z Ligi Światowej. Takie mecze może i nie są zbyt wymagające, ale niewątpliwie pomogą jeszcze bardziej zgrać i scalić drużynę i podnieść pewność siebie wkraczających do niej debiutantów.

Czy i tym razem będzie tak, że wszyscy walczą, a na końcu wygrywa Brazylia? Pewnie tak ;)

fot. CBV

Wszystkie spotkania można oglądać tutaj: http://www.voleysur.org/v1/transmissao.asp

Dodatkowo, piątkowy mecz z Chile będzie emitowany w SporTV, o jakże sprzyjającej godzinie dla reszty świata: 1:30. Niewykluczone, że niejako finałowy z Argentyną też będzie w telewizji, a godzina jeszcze lepsza - 2:45.

Po co spać, jeśli są mecze.


edit, 11 sierpnia, 5:40

Brazylia po raz 29. Mistrzem Ameryki Południowej!
Canarinhos pokonali Argentynę w pięciu setach (19:25, 25:20, 25:19, 24:26, 15:10) 

zdjęcie tymczasowo pożyczone, mam nadzieję, że autorka nie ma nic przeciwko ;)


ale za ten czwarty set i TRZY niewykorzystane piłki meczowe, Bernardinho powinien dać wam szlaban na internet.
Dzięki, że tak się uwinęliście i daliście mi się wyspać :P

3 sierpnia 2013

Szukaj Igły w stogu siana

Od kilku dni siatkarska część internetu nie żyje niczym innym, jak powołaniami na Mistrzostwa Europy. A konkretnie, brakiem jednego nazwiska na liście.

Na wrześniowy turniej nie pojedzie Krzysztof Ignaczak. Szok, niedowierzanie, rozżalenie. Bo jak to, nie będzie Igły?! Jak to w ogóle możliwe? Andrea, WHY?!


A ja po części decyzję trenera rozumiem. Powiedzmy sobie szczerze, w tegorocznej LŚ Krzysiek zagrał po prostu źle. Jak zresztą większość naszych zawodników. W ubiegłym roku był najlepszym libero turnieju, a teraz... Cóż, nie mnie to oceniać, ale facet ma już swoje lata i gorsze momenty mogą się zdarzać. Tym bardziej, jeśli rzeczywiście coś było na rzeczy z nie najlepszym przygotowaniem fizycznym drużyny.

Kiedy szansę dostawał Paweł Zatorski, nie zawodził. Mimo skoku na głęboką wodę, jakim była dla niego gra przez cały mecz, a nie tylko jako zmiennik, świetnie dawał sobie radę. Z presją jest już oswojony, w końcu Skra to nie byle jaka drużyna. Ale czy da sobie radę na Mistrzostwach Europy?...


Nie to jednak jest zmartwieniem większości „kibicek reprezentacji, nie sukcesu”, jak same się dumnie określają. Otóż największym problemem jest, że nie będzie „Igłą Szyte”! Ok, filmiki były fajne, śmieszne, można się było pośmiać i zobaczyć kadrę od środka. Ale co jest ważniejsze – dobra gra i satysfakcjonujący wynik, czy filmiki, które chyba co niektórym zawodnikom zaczęły ostatnio przeszkadzać?

Igły z kamerką zabawy

Dlaczego rozumiem decyzję jedynie po części? Igła był ostatnio chyba jedynym naprawdę charyzmatycznym zawodnikiem w drużynie. Potrafił „wstrząsnąć” resztą, pobudzić ich do walki. Kurek też to potrafi, ale tylko wtedy, gdy mu wychodzi. Kiedy zaczyna iść źle, opuszcza głowę... Z kolei Bartman, cóż. Może on sam się nakręca przez rzucanie „zakrętami” na prawo i lewo, bez względu na to, czy akcja mu się udała, czy nie. Ale wątpię, żeby pomagało to innym.

Nie tak dawno temu, prezes Przedpełski wypowiadał się o gwiazdorzeniu w kadrze, że konieczne są zmiany. To miał być wstrząs dla pozostałych? Dlaczego w takim razie padło na Ignaczaka, a nie na kogoś innego? Ach tak, bo przecież swojego pupilka trener nie skreśli. A jakoś ciężko mi uwierzyć, żeby Bociek dostał szansę gry na ME. Jeśli w ogóle znajdzie się w meczowej dwunastce na jakiekolwiek spotkanie, to już będzie sukces.


Inna sprawa, to obrzydliwe plotki, jakie pojawiły się zaraz po ogłoszeniu listy powołanych. Według nich, Igła miał dyscyplinarnie wylecieć z kadry za nadużywanie alkoholu, a trener nawet nie raczył go o tym poinformować. Nie zdziwiłabym się, gdyby to napisał jakiś brukowiec, ale poważna sportowa gazeta?! Jako aspirująca dziennikarka, nie rozumiem, jak można napisać takie bzdury i podpisać się pod nimi własnym nazwiskiem. Po prostu nie rozumiem.

bardzo dobitny i trafny komentarz

I o ile pewnie Krzysiek pogodził się z brakiem powołania, skoro trener rozmawiał z nim na ten temat – w końcu jest już dużym chłopcem, taka wiadomość z pewnością boli, ale trzeba spojrzeć prawdzie w oczy i przyjąć to na klatę – tak przeczytanie takich bredni na swój temat musi być prawdziwą szpilą wbitą w serce.

Co się dzieje z tym światem mediów...

29 lipca 2013

Ćwierkająca aukcja

Wielu sportowców, w tym siatkarzy, zapraszanych jest do udziału w różnych organizacjach i akcjach charytatywnych. Wielu chętnie bierze w nich udział. Niewielu jednak... organizuje je samemu.

W ubiegłym tygodniu brazylijski rozgrywający William ogłosił na swoim twitterze aukcje trzech zestawów, które można zobaczyć poniżej.

fot. instagram

Wśród nich taka perełka, jak komplet reprezentacyjny z tegorocznej LŚ (na specjalne życzenie kupującego mógł być podpisany przez całą reprezentację), albo jak kto woli, koszulka Sada Cruzeiro, upamiętniająca zdobycie mistrzowskiego tytułu Superligi. Ewentualnie, jedyny egzemplarz butów Mizuno, z wyszytym pseudonimem siatkarza „El Mago”.

W licytacji mógł wziąć udział każdy, kto posiada konto na twitterze. Minimalna stawka podbijania ceny wynosiła 20 reali. Wszystkiemu towarzyszyła wideokonferencja za pośrednictwem twitcama.

fot. instagram

Zainteresowanie było ogromne, a ceny, za jakie zestawy zostały sprzedane, może nie imponujące (gdzie tam do setek tysięcy za koszulkę Lewandowskiego z Euro...), ale na pewno dające powód do radości tym najbardziej potrzebującym. Były to dzieci z dwóch domów dziecka, które postanowił wesprzeć William.

Udało się zebrać 3180 R$, czyli równowartość prawie 4500 zł. Oprócz tego, siatkarz zapowiedział przekazanie dziesięciu koszy ze słodyczami i najpotrzebniejszymi produktami dla każdej z placówek. Warto dodać, że nie była to pierwsza taka akcja zorganizowana przez niego – podobna miała miejsce rok temu.


Jak się chce, to można!

26 lipca 2013

10 powodów, dla których Final Six było beznadziejne

Minęło już parę dni od zakończenia Ligi Światowej. Opadły emocje (jakie emocje?!), można zabrać się za podsumowanie.

fot. FIVB


1. Nie śpię, bo oglądam mecze. Czyli pory transmisji dostosowane do europejskiej widowni (przecież tylko połowa drużyn była z Europy, who cares!).
2. Miejsce rozgrywania finałów. Mar del Plata, malowniczy nadmorski kurort. Szkoda tylko, że teraz panuje tam zima. Taka prawdziwa, z minusową temperaturą i takimi tam.
3. Żywiołowo reagująca publiczność. Mistrz świata gra z mistrzem olimpijskim, albo owego mistrza olimpijskiego leje Kanada, co chyba można nazwać ogromną sensacją, a na trybunach emocje jak na grzybach. To siatkówka, czy turniej szachowy?!
4. Frekwencja. Bez komentarza. Chyba Argentyńczycy wkurzyli się troszkę na swoją drużynę po fazie grupowej.
5. Sędziowanie. Niby ok., że arbitrzy nie bali się używać kartek, albo karać za nieczyste odbicie... Tylko dlaczego przypominało im się zwykle przy decydujących piłkach?
6. Sędziowanie po raz drugi. To dobrze, że polscy specjaliści od systemu challenge wzbudzają takie zaufanie, ale niektórzy sędziowie mogliby sami zerknąć na monitor, zamiast tylko się dopytywać, czy był ten aut, czy nie i wierzyć im na słowo.
7. Realizacja pozostawiająca wiele do życzenia. Żeby dowiedzieć się, kto akurat wszedł na zmianę, trzeba było chyba śledzić statystyki live na stronie FIVB.
8. Żenujący poziom większości pojedynków. Rok poolimpijski – zgoda, przebudowy składów swoją drogą, ale niektóre drużyny w fazie interkontynentalnej grały o niebo lepiej, niż w finałach.
9. Brak Polaków. Dla mnie akurat ten argument nie był przeszkodą i mimo tego, oglądałam mecze. Podejrzewam jednak, że sporo osób je zbojkotowało, albo zadowoliło się powtórkami.
10. Wygrana Rosji :P Nie trawię ich i nic na to nie poradzę.


Byłabym jednak niesprawiedliwa, gdybym nie wspomniała o żadnych plusach.
Po pierwsze – nagrody indywidualne. Zamiast najlepiej przyjmującego, najlepiej punktującego i tak dalej, mamy wybór najlepszej drużyny turnieju + MVP. Dla jednych może być to mniej sprawiedliwe, niż wyróżnianie zawodników na podstawie statystyk, ale według mnie, statystyki nie oddają wszystkiego i na przykład idealny przyjmujący musi nie tylko dobrze przyjmować, ale i bronić, atakować, zagrywać. Podobnie ze środkowymi, blok to nie wszystko, atakować też powinien potrafić.
 
fot. FIVB

Drugi plus nie dotyczy samych finałów, ale całego turnieju. I doskonale obrazuje go Kanada.
O co chodzi? O nowy system rozgrywek. Przed turniejem wielu narzekało, że awans dla drużyny z grupy C jest niesprawiedliwy, bo zabierze miejsce tym, którzy na to bardziej zasługują. Kanada pokazała, że nie znalazła się w finałach przypadkiem i chociaż nie udało im się nic ugrać, pokonanie Rosji było z pewnością wspaniałym doświadczeniem, które zaprocentuje w przyszłości.

Taki, a nie inny podział na grupy sprawił, że praktycznie nie ma już pojedynków ze słabeuszami. Korzyści są obustronne: te słabsze drużyny nie zbierają regularnego lania od mocarzy, a ci silniejsi nie muszą latać na drugi koniec świata, by zagrać mecz z takim Portoryko* czy Japonią, który musi się odbyć. Wszyscy rywalizują z mniej więcej równymi sobie, nie ma tak drastycznej różnicy poziomów. Sprawdziło się to – kibice byli świadkami wyjątkowo dużej liczby tie-breaków w rundzie interkontynentalnej, bo aż 25. W czterech setach skończyło się 39 spotkań! Szybkie mecze w stylu "godzinka z prysznicem i do domu" były rzadkością.

Wielu pytało, jak ma wyglądać popularyzacja siatkówki, kiedy, dajmy na to, Kanada gra z Koreą, zamiast z Brazylią czy Rosją. Rzeczywiście, słabsi przeciwnicy pewnie przyciągną na hale mniej kibiców, niż drużyny ze światowego topu naszpikowane gwiazdami. Ale kibice nie chcą ciągle oglądać porażek, nawet przeciwko tym najlepszym. Wygrane pomagają budować więź z drużyną, kibice chcą się z nią identyfikować. W przypadku krajów o niewielkim zainteresowaniu tym sportem, albo z małymi tradycjami, ma to ogromne znaczenie.


Inna sprawa, że pierwotnie drużyn w finale miało być osiem, nie sześć... Final Eight z pewnością byłby bardziej sprawiedliwym rozwiązaniem, jeśli chodzi o awans z poszczególnych grup. Ale nie zmieściło mi się na liście ;)


Dopisalibyście coś jeszcze do tej listy?

* wiem, Portoryko już od jakiegoś czasu nie gra w LŚ, ale swego czasu zaliczało spektakularne porażki 10:25.

14 lipca 2013

My Polacy tak mamy

Czyli kilka słów o tym, jak to niektórzy widzą drzazgę w oku rywala, a u siebie nie dostrzegają belki.

Parę dni temu oburzenie wywołał „artykuł” na pewnym różowym siatkarskim portalu, składający się z przetłumaczonych (przy nieocenionej pomocy wujka Google) komentarzy bułgarskich kiboli po przegranym przez nich ubiegłorocznym FinalSix. Jak to Polaków nie cierpią, że przekupili sędziów, że życzą im wszystkiego najgorszego, łącznie z rozbiciem się ich samolotu. Pomijając kwestię PO CO w ogóle odgrzebywać śmieci sprzed roku... Pojawiają się reakcje urażonych polskich kibiców. Oczywiście, tych najlepszych na świecie.

Jakie to reakcje? Cóż, mniej więcej takie same. Pełne jadu i nienawiści, w dodatku wymierzone w ogół kibiców bułgarskich, albo najlepiej cały ich naród.

Najlepsi kibice na świecie? Jak się okazuje, nie wszyscy.

Ale uwaga. Bułgarzy mieli prawo być wściekli po półfinałowej porażce w turnieju, który sami organizowali. Sędziowanie wołało o pomstę do nieba, arbitrzy mylili się w obie strony, jednak częściej na korzyść Polaków, więc nam to nie przeszkadzało. Ale podejrzewam, że gdyby rok wcześniej w Gdańsku wydarzyłoby się coś podobnego, zaraz by było okrzyknięte wielkim skandalem. Nie dało to oczywiście kibicom prawa do takiego zachowania, jakie miało miejsce, ale tak samo Zbyszkowi nie dało prawa do wyzywania ich od „pastuchów” co podobno jest na Bałkanach ciężką obrazą. Zwłaszcza, że nie wszyscy kibice się tak zachowywali, tylko małe grupki kiboli, chociaż wiadomo - najgłośniej krzyczeli, to zwracali na siebie uwagę.

Gdyby Zbyszek trzymał język za zębami, być może cała afera szybko by ucichła, a na froncie polsko-bułgarskim nie byłoby dziś takiej nienawiści. Kurtuazja niektórych zagranicznych siatkarzy jest tak wyśmiewana, ale kiedy trzeba, to jeden z drugim nie potrafią okazać dyplomacji. A nie przypominam sobie, żeby o Polsce czy polskich kibicach którykolwiek z rywali wypowiadał się negatywnie. I na pewno nie dlatego, że wszystko jest aż tak idealne, ale dlatego, że tego wymaga kultura. Jeśli coś jest nie tak, należy o tym wspomnieć, ale chyba da się to zrobić bez obrażania!

Tymczasem, na wielu polskich stronach i forach, nie mówiąc już o takich „śmietnikach” jak forum Onetu, ale na przykład o oficjalnym portalu naszej ligi, pojawiają się bardzo podobne komentarze. Skierowane nie tylko w stronę Bułgarów, ale najczęściej w każdego przeciwnika, z jakim aktualnie gramy. Nie jest to jedynie lekceważące podejście do rywala, ale regularne wyzwiska. Ale tego już nikt nie widzi...

przykład wysokiej kultury niektórych "kibiców".


I jak stwierdziła w dyskusji Siatkara9519 – zachowanie trenera Rezende jest skandaliczne, ale kiedy Anastasi rzuca tabliczkami albo atakuje kamerę Polsatu, to wszystko jest w porządku, przecież on tylko przeżywa mecz. Zachowanie Bruno jest nie do zaakceptowania, ale już u Bartmana to demonstracja tego, jak bardzo zależy mu na wygranej i jak się wczuwa w grę. I dalej – Włosi awanturują się o każdy punkt i robią „teatr”, ale Polacy tylko walczą o swoje. Zbyszek Bartman wcale nie jest momentami arogancki i zbyt pewny siebie, on tylko pokazuje charakter. Bułgarscy kibice gwizdaniem na rywali dali pokaz szowinizmu, ale na polskich halach wcale nie ma gwizdania, buczenia, ogłuszającego trąbienia, a nawet wyzwisk lecących w stronę siatkarzy.

Kiedy rywale cieszą się za bardzo w stronę Polaków, albo rzucą im zbyt długie spojrzenie pod siatką, już jest źle. Ale przecież pamiętna sytuacja z Pucharu Świata, kiedy to Michał Kubiak tak długo denerwował Dragana Travicę, że ten wściekły o mały włos rzuciłby się na niego z pięściami po meczu... jest w porządku! Bo przecież to pokazuje, jaki Misiek ma waleczny charakter. Sam zainteresowany też sprawiał później wrażenie, jakby był z siebie dumny. Rzeczywiście, bo jest z czego – jeśli nie umie się wygrać sportowo, trzeba posuwać się do takich „sztuczek”.

I na koniec mały cytat z wp.pl:
- Jesteś z Polski? To niedobrze, bo dzisiaj się na was zemścimy - zagaiła do mnie dziennikarka Elena. - Za co chcecie się mścić? - zapytałem. - Za to co o nas w zeszłym roku mówili wasi zawodnicy. Że jesteśmy pastuchami. Nie znosimy ich za to, nie są tu mile widziani - odparła. Tłumaczenia, że to tylko sportowy "trash-talk", obecny na całym świecie, nie pomogły. Na koniec rozmowy Elena jednak uśmiechnęła się i przybiła ze mną "piątkę", życzyliśmy sobie dobrego meczu.
Jest chyba subtelna różnica między "sportowym trash-talkiem", jak to określił pan redaktor, a obrażaniem rywali. Poza tym jakoś nie przypominam sobie, żeby w siatkówce zdarzały się podobne sytuacje, czyli deprymowanie rywali poprzez obrażanie ich. Podobno siatkówka jest sportem dla ludzi inteligentnych. 


Niektórzy powinni zastanowić się na sobą, zanim zaczną wytykać to i owo innym.

8 lipca 2013

Tym razem Stanley nie przestrzelił

Siatkarze reprezentacji Polski tegoroczną Ligę Światową zaczęli bardzo źle. Co prawda, furtka do turnieju finałowego wciąż jest dla nich otwarta... Pytanie tylko, czy z obecną formą, szansa na obronę wywalczonego przed rokiem tytułu jest w ogóle realna?

Po Igrzyskach Olimpijskich większość czołowych reprezentacji czekała gruntowna przebudowa. U niektórych była to zmiana pokoleniowa, u innych leczenie kontuzji. Spośród wszystkich drużyn biorących udział w Lidze Światowej, Polska jako jedna z nielicznych miała niemal niezmieniony skład. W porównaniu z poprzednim rokiem, zabrakło jedynie Pawła Zagumnego, choć i tak pierwsze skrzypce na rozegraniu grał u nas Łukasz Żygadło. Pojawili się debiutanci – Fabian Drzyzga, Andrzej Wrona, czy Dawid Konarski, lecz mogli oni liczyć jedynie na rolę zmienników.

Dla porównania: w reprezentacji Brazylii zabrakło ich największych filarów – niemal legendarnego już Giby, fenomenalnego libero Sérgio i Rodrigão, którzy zakończyli kariery reprezentacyjne, a także Murilo, wybranego najlepszym zawodnikiem Mistrzostw Świata 2010 i ubiegłorocznej Olimpiady, bowiem zdecydował się na operację barku. Próżno szukać też środkowego Sidão, który miał problemy z kręgosłupem. Ich miejsce zajęli zawodnicy dotychczas rezerwowi, jak i całkowicie nowi w szeregach kadry, choćby młody Lucarelli, który okrzyknięty został nadzieją brazylijskiej siatkówki.
 
w brazylijskiej kadrze na ten sezon zostało niewiele znajomych twarzy.

Kolejny przykład z grupy A – Francuzi grają bez podstawowego atakującego, znanego dobrze z polskich parkietów Antonina Rouziera. Argentyńczycy stracili w tym sezonie Facundo Conte, on również poddał się operacji. Podobnie Amerykanie, bez największych gwiazd w osobach Williama Priddy’ego i Claytona Stanleya, bez dotychczasowego libero i rozgrywającego.

A to tylko część drużyn. Podobnie sytuacja wygląda w reprezentacji Rosji, Włoch czy Kuby, która przez próbę ucieczki z kraju straciła swój największy talent, kapitana Wilfredo Leona. Słowem – tegoroczna Liga Światowa to niemal turniej dla rezerwowych reprezentacji. Jak wiadomo, zgranie się ze sobą nowych zawodników zawsze zabiera trochę czasu, a zmiennicy zastępujący wielkie gwiazdy rzadko są w stanie od razu zapewnić podobny poziom gry.

W takim razie, Polacy powinni mieć ogromną przewagę nad pozostałymi ekipami, to samo mówił zresztą przed sezonem trener Andrea Anastasi. Tymczasem... Od brazylijskiej „kadry B” biało-czerwoni otrzymali tęgie lanie. Początkowo było to tłumaczone zbyt krótkim okresem przygotowawczym do sezonu. Chwileczkę, ale czy wszystkie drużyny nie miały podobnego czasu na wspólne treningi na zgrupowaniach?

Jednak były to dopiero pierwsze mecze, można było przymknąć na to oko. Wszak według ekspertów, Brazylia to zawsze Brazylia, nawet bez swoich głównych filarów. Przemilczę może to, że przed meczami podchodzono do nich wręcz z pobłażaniem, po tym jak cztery ubiegłoroczne zwycięstwa nad nimi zaostrzyły wszystkim apetyty. Niestety, podobnie było dwa tygodnie później w meczach z Francją. W grze Polaków nie dało się dostrzec żadnego postępu, czego efektem były kolejne dwie porażki.

Przełamanie przyszło w meczach z Argentyną. Wszyscy odetchnęli z ulgą, kibice wreszcie mogli się cieszyć ze zwycięstwa. Z wyniku – na pewno, jednak nie z tego, jak ów mecz wyglądał. W siatkówce nie przyznają not za styl, więc powinien liczyć się jedynie końcowy rezultat, ale gra naszych „Orzełków” nie mogła cieszyć. Na tle dość przeciętnej Argentyny wyglądała po prostu słabo, bardzo słabo. Z meczu na mecz polska drużyna powinna prezentować wyższy poziom, który przystoi obrońcom tytułu...

W piątek miał miejsce pierwszy mecz z USA. Katowicki Spodek ponownie „odleciał”, niesiony dopingiem niemal 11 tysięcy kibiców, którzy byli świadkami zwycięstwa po pięciosetowym boju. Jednak niewiele brakowało, by musieli przełknąć gorycz porażki. Po pierwszym wygranym przez Polaków secie, w którym gra zaczynała wyglądać coraz lepiej, przyszła kolej na dwie przegrane partie. Ale w jakim stylu! Trzeci set był wręcz kompromitujący, wynik wskazywał kolejno 8:2 i 16:4 dla gości, by zakończyć się rezultatem 25:13. Drugi pojedynek wyglądał już nieco lepiej, ale gra Biało-Czerwonych wciąż falowała. Daleko jej było do pamiętnego finałowego meczu w Sofii, który miał miejsce dokładnie rok temu. Tym razem Stanley nie przestrzelił, ale gdyby on i Priddy wciąż byli w drużynie, wynik mógłby wyglądać zupełnie inaczej.
 
Nie przestrzeli, bo nie ma go w kadrze. fot. FIVB

Szanse na awans do turnieju finałowego wciąż są realne, mimo tragicznego wręcz początku rozgrywek. O tym, czy Polacy będą walczyć w Argentynie zadecyduje dwumecz z Bułgarami, którzy nie dość, że są trudnym przeciwnikiem, to będą mieć jeszcze przewagę własnego boiska.

Bez wątpienia, jest to możliwe. Ale nie oszukujmy się, z taką grą szanse na ponowne sięgnięcie po złoto Ligi Światowej są nikłe. Choć drużyna jest niemal tą samą, która w ubiegłym roku w Sofii stanęła na najwyższym stopniu podium, forma przypomina tę z Londynu. Brakuje zgrania, choć zawodnicy nie grają ze sobą pierwszy sezon. Brakuje regularności, momenty świetnej gry przeplatane są fatalnymi pomyłkami, które na tym poziomie nie powinny się zdarzać. Z trudem wypracowywane przewagi znikają w mgnieniu oka, po całych seriach traconych punktów. Można odnieść wrażenie, że brakuje radości, brakuje tej iskry, która napędzała zespół do walki.

Owszem, w meczach z USA naszym sprzyjało szczęście. Ale samo szczęście, nie poparte dobrą formą to za mało, żeby móc wygrywać z silnymi przeciwnikami. Jeśli w najbliższy weekend Sokolov będzie miał „swój dzień”, niewiele będzie można zrobić. A nawet jeśli awans uda się wywalczyć, w Mar del Plata nie będzie już słabych drużyn, tam będzie granie „na serio”.

Czy Polacy będą znów zachwycać swoją niezwykle skuteczną i efektowną siatkówką? Niektórzy uważają, że trener traktuje Ligę Światową tylko jako rozgrzewkę przed Mistrzostwami Europy, których zresztą jesteśmy współorganizatorem. Jednak sam Andrea Anastasi zaprzecza, twierdząc, że obie imprezy są dla niego ważne. Jakim wynikiem się zakończą, okaże się już wkrótce. Jedno jest pewne – ta drużyna potrafi wygrywać. Musi jedynie odnaleźć zagubioną gdzieś formę sprzed roku.

29 czerwca 2013

Żółto-zielony weekend, czyli Liga Światowa 2013 z mojej perspektywy, cz.2

Zgodnie z obietnicą, ciąg dalszy następuje :)

Część pierwsza: < LINK >

Poranek w Warszawie był w miarę spokojny. Tak, „w miarę”, to bardzo dobre określenie. Pojawił się bowiem problem... z powrotem. Już jakiś czas temu ustalałyśmy dojazd i powrót. Trafiło się prawie idealnie – Agata miała mieć pociąg jakoś o 4:30, ja busa o 4:20. Zakładając, że mecz skończyłby się przed północą, te 4 godziny czekania nie powinny być takie straszne. A ponieważ maturzyści i studenci nie narzekają na nadmiar gotówki, a wejściówki były koszmarnie drogie, na noclegu chciałyśmy oszczędzić i w hotelu spędzić tylko jedną noc.


23 czerwca 2013

Żółto-zielony weekend, czyli Liga Światowa 2013 z mojej perspektywy, cz.1

Witajcie! Sesja w pełni, dwa egzaminy już za mną, ostatni przede mną. Jak wiadomo, studenci w czasie sesji nagle odczuwają bardzo pilną potrzebę robienia porządków, remontowania pokoju, nadrabiania zaległości w filmach i serialach... „Jeszcze tylko zamiotę pustynię i już mogę zacząć się uczyć”. Między kolejnymi transmisjami meczów, a egzaminami, znalazłam chwilę na obrobienie zdjęć, więc i relacja może się w końcu pojawić. Uprzedzam, będzie długo. Mam nadzieję, że Was nie zanudzę ;)

Zapraszam do czytania!


12 czerwca 2013

Kanarkowo mi...

Tym razem będzie trochę inaczej niż zwykle, bo nie będę nawet siliła się na obiektywizm. Będzie trochę prywaty, bo pojawi się minirelacja z meczów i wszystkiego, co im towarzyszyło. Ten weekend był tak wspaniały, że wszystko widzę w kanarkowych odcieniach!

Kolejny raz mogę powiedzieć, że miałam więcej szczęścia, niż rozumu. Wszystko na ostatnią chwilę, ale udało się znaleźć na właściwym miejscu we właściwym czasie. Co do minuty! Z pogodą też udało się idealnie. Wyjeżdżamy z Warszawy – Warszawa zalana. Wyjeżdżamy z Łodzi – Łódź zalana. W trakcie tych 3 dni – prawie cały czas bezchmurne niebo, upał i piękne słoneczko :)

Niestety, na relację z moimi wrażeniami będziecie musieli troszkę poczekać, ale postaram się ją ogarnąć jak najszybciej. Powód? Zdjęć narobiłam ponad 850, trzeba je wszystkie przejrzeć, odrzucić nieudane, wybrać te kilkanaście, może kilkadziesiąt najlepszych, wykadrować, przygotować do publikacji... Z jednej strony tego nie cierpię, ale z drugiej – przeglądanie ich po raz n-ty wywołuje wielki uśmiech na twarzy :)

Na zachętę kilka z nich:









Wróciłam z Warszawy i Łodzi, trochę odespałam, najadłam się... i niestety, trzeba wracać do szarej rzeczywistości, bo sesja za pasem, zaliczenia w pełni, a przy dwóch kierunkach łatwo nie jest. Ale co tam! Teraz to na egzaminy polecę jak na skrzydłach!


Kilka przemyśleń na gorąco:

- Nie wyobrażam sobie mieszkania w Warszawie. Korki są STRASZNE.
.
- Łódź też nie wywarła na mnie pozytywnego wrażenia. Sorry, jeśli czytają to jacyś łodzianie :P Ale zdecydowanie nie jest to miejsce, gdzie chciałabym sama chodzić po ciemku. Katowice są przy Łodzi przytulne.
.
- Wpychanie na siłę siatkówki gdziekolwiek jest bez sensu. Tak, to w odniesieniu do Torwaru. Mecz Polska-Brazylia, a na trybunach emocje jak na towarzyskim spotkaniu juniorów...
.
- Siatka z reklamą i gęstszymi oczkami to porażka. Ani nie widać zawodników, ani zdjęć się fajnych nie da zrobić. To tak z mojej perspektywy. A z ich? Pewnie widoczność też jest o wiele gorsza.
.
- Brazylijczycy są kochani i nie wiem, co musiałoby się stać, żebym zmieniła zdanie. Tak, trener też jest kochany :)
.
- Nie zmienia to faktu, że Lucarelli z ósemką, a William z siódemką wyglądali... no dziwnie.
.
- Jaram się jak głupia tym, że Lipe przybił mi piątkę :D Wiem, że w tym wieku to już trochę nie przystoi... ale co ja poradzę!
.
- Gdyby nie zdjęcia, cały czas miałabym wątpliwości, czy to nie były halucynacje z niedożywienia, jak w dowcipach o łotewskich chłopach. To wydawało się zbyt piękne, żeby było prawdziwe.
.
- Chyba polubię tie-breaki :)

Sorry za znaki wodne na środku zdjęć, ale miałam już kilka nieprzyjemnych sytuacji i kolejnych wolałabym uniknąć. 

Relacja i więcej zdjęć już wkrótce!

19 maja 2013

Uwielbienie fana nie zna granic

Większość z nas ma jakiegoś idola, wzór, autorytet. Zwłaszcza kibice. Często się zdarza, że mamy jakiegoś ulubieńca, zawodnika cenionego i podziwianego bardziej od innych. Siatkarscy idole często są obdarowywani maskotkami, czekoladkami czy ręcznie robionymi drobiazgami. Ale są dowody uznania, na które decydują się tylko najbardziej oddani i zakręceni fani…

Matheus Bonato – tak nazywa się Brazylijczyk, którego idolką jest siatkarka Jaqueline, prywatnie żona Murilo Endresa. Można rzec – nic dziwnego, wyjątkowo urodziwa i sympatyczna zawodniczka jest ulubienicą publiczności i ma całe rzesze fanów, od których niemal po każdym meczu dostaje różne upominki. Na to, co zrobił jednak Matheus, zdobyłoby się chyba niewielu.

Po Igrzyskach w Londynie postanowił w jakiś sposób wyrazić swoją miłość do siatkówki. I zdecydował się zrobić sobie tatuaż. Ale nie byle jaki – honorujący Jaqueline, w postaci jej sylwetki podczas ataku.

fot. facebook

Trzeba przyznać, że tatuaż jest… ładny. Wykonany porządnie, nie za duży, nie w widocznym cały czas miejscu. Na pewno to lepszy pomysł niż tatuowanie sobie twarzy partnera, z którym równie dobrze za miesiąc można się rozstać.

Matheus jest fanem Jaque już od 2005 roku, kiedy po raz pierwszy zobaczył ją w akcji. Przykuła wtedy jego uwagę grą na niezwykle wysokich emocjach, „z pazurem”. Podziwia siatkarkę nie tylko za talent i urodę, ale przede wszystkim za wewnętrzną siłę i motywację, dzięki którym radzi sobie z przeciwnościami losu i mimo trudności, nie poddaje się.

Jaqueline dowiedziała się o tatuażu najpierw za pośrednictwem internetu. Napisała wtedy: „nie mam pojęcia, kto to jest, wiem tylko że nazywa się Mah Bonato... Jestem w szoku, bo nawet sobie nie wyobrażałam, jakie mam ogromne wsparcie!!! Dzięki z całego serca”. Niedługo później nadarzyła się okazja, by spotkali się osobiście. Matheus wybrał się na mecz Sollys Osasco przeciwko Unilever. Przed rozpoczęciem pojedynku udało mu się stanąć twarzą w twarz ze swoją idolką.

fot. Globo Esporte / Fabio Rubinato/AGF

– Nigdy nie przypuszczałam, że fan mógłby zrobić dla mnie coś takiego. To jak uhonorowanie mojej pracy, wszystkiego co w życiu zrobiłam. Powiedział, że wie, przez co przeszłam, ale udało mi się przezwyciężyć trudności i mam nadzieję, że mogę być przykładem dla innych. Jestem zachwycona, wszystko co zrobił wywołało ogromne emocje. A dodatkowo, dzisiaj przyniósł mi szczęście – powiedziała siatkarka, wyściskując Matheusa i wręczając mu statuetkę MVP, którą otrzymała po zaciętym, pięciosetowym meczu. Fan oprócz tego dostał jej meczową koszulkę z dedykacją i również nie potrafił powtrzymać emocji.

– Jaqueline jest znacznie piękniejsza „na żywo”, niż widziana w telewizji czy na zdjęciach. I jeszcze milsza, niż się wydaje. To wszystko znacznie przerosło moje wyobrażenia, jest cudowna. Czasami samemu kreuje się pewne oczekiwania i potem przychodzi rozczarowanie, ale Jaque jest absolutnie wspaniała. Brak mi słów.
 
fot. Globo Esporte / Fabio Rubinato/AGF

Ciekawe, co na to wszystko jego dziewczyna... i Murilo.

Co o tym sądzicie? Przegięcie, czy niekoniecznie? A może macie albo planujecie jakiś tatuaż związany z siatkówką?

6 maja 2013

Kto założy kanarkową koszulkę?

Powołania do reprezentacji w tym roku zaczęły się pojawiać wyjątkowo późno. Jedną z największych niewiadomych była reprezentacja Brazylii, którą po Olimpiadzie czekała zmiana pokoleniowa. Dziś ukazała się pełna lista powołanych!

Do niedawna pojawiały się jedynie pojedyncze nazwiska, w dodatku większości pewnie niewiele mówiące. Wśród powołanych znaleźli się tacy zawodnicy jak Lucas Loh, Felipe Quaresma czy Otávio. Były to jednak powołania do szerokiego składu, z którego zostanie wybrana grupa tworząca kadrę B. Tak zwana „Seleção de Novos” walczyć będzie w Pucharze Panamerykańskim (19-27 maja w Meksyku), a później najpewniej też w Mistrzostwach Ameryki Południowej, czyli Sul-Americano.

Dziś ukazała się lista zawodników, których Bernardo Rezende zabierze na Ligę Światową. Nie ma na niej już Giby, Sérgio, Rodrigão ani Ricardo, co nie jest żadną niespodzianką. Nie ma także Marlona, który w ubiegłym roku, kosztem Ricardo, pożegnał się z reprezentacją. 

Brazylijczycy zagrają bez swojego obecnie najsilniejszego ogniwa – Murilo. Przyjmujący jest po operacji barku i poza boiskiem pozostanie od sześciu do ośmiu miesięcy.


Kto zatem znalazł się w gronie wybrańców Bernardinho? 

Rozgrywający, obok Bruninho to William, nazywany „magiem” od czasów wyjątkowo udanego sezonu w Argentynie, który mimo nie najmłodszego wieku, wciąż czeka na swoją szansę. Obok niego znalazł się Raphael, dobrze znany dyrygent z Trentino. Nie zabrakło też miejsca dla początkującego – Murilo Radke to jeden z dobrze rokujących „sypaczy”.

Wśród atakujących nie ma dużych niespodzianek. Na ataku zagrają Wallace, Vissotto i Théo. Być może szansę zadebiutowania w kadrze seniorów dostanie także gigant Renan – chłopak ma aż 218cm wzrostu! Jeśli jego rozwój pójdzie w dobrym kierunku, może siać prawdziwe spustoszenie. 

Lista przyjmujących powinna ucieszyć polskich kibiców – znalazł się na niej Lipe Fonteles, co po rewelacyjnych występach w PlusLidze jest jak najbardziej zasłużone. Pozostali przyjmujący to Dante, Thiago, João Paulo Bravo, Lucarelli, Maurício i Ary. Lucarelli i Maurício swoje pierwsze kroki w kadrze seniorów stawiali już w ubiegłym sezonie, jednak nie dostawali zbyt wielu szans na grę. Być może teraz będą mieli swoje „pięć minut”, podobnie jak Ary, który w decydujących meczach Superligi nieraz ratował mecze SESI. Nie wiadomo, czy w ogóle zagra Dante, a jeśli tak, to w jakiej roli – podstawowego, czy zmiennika. Doświadczony przyjmujący od dawna ma problemy z kolanami, lecz odłożył decyzję o operacji. Nie myśli jednak o zakończeniu kariery – jeśli zdrowie pozwoli, chciałby grać aż do następnych Igrzysk Olimpijskich. Na urazy pod koniec sezonu narzekał również Lipe, ale wobec powołania, jego ewentualny zabieg chyba też będzie musiał poczekać... ;) W końcu Bernardinho się nie odmawia.


Na środku zagra dobrze znany, fenomenalny duet: Lucão i Sidão. Choć możliwe, że ten drugi dołączy do drużyny nieco później – miał od jakiegoś czasu problemy z plecami, które wreszcie postanowił załatwić. Szansę dostanie więc pewnie Éder, który powołanie otrzymuje regularnie, ale do tej pory najczęściej brakowało dla niego miejsca w głównym składzie i musiał zadowolić się kadrą B. Znalazło się też tutaj dwóch debiutantów: są to Isac i Maurício Souza.


Jako libero niestety nie zobaczymy już niesamowitego Sérgio. Zamiast niego zagra jednak nie byle kto - Mário Jr. został wybrany najlepszym libero w Lidze Światowej 2010, także w Mistrzostwach Świata z powodzeniem wypełniał lukę po nieobecnym Serginho, choć na pewno nie da się go w pełni zastąpić. Drugim libero będzie Alan.


Czy Brazylia będzie osłabiona? Bez wątpienia nie będzie to jej najsilniejszy skład. Jednak jest to zrozumiałe, zmiana pokoleniowa była nieunikniona, a sezon przed Mistrzostwami Świata, kiedy nie ma żadnych ważnych turniejów, jest chyba najlepszym momentem na wprowadzenie „świeżej krwi” i doprowadzenie do porządku wszelkich urazów i problemów. 

Już po poprzedniej Olimpiadzie, wielu wieszczyło upadek „Wielkiej Brazylii”, kiedy z kadry odeszli Marcelinho, Gustavo, czy André Nascimento. Jednak zmiana przebiegła gładko, a ich następcy szybko stali się jednymi z najlepszych na świecie. Nie można też zapominać o tym, że nowi zawodnicy mogą wprowadzić powiew świeżości i nową energię, a przede wszystkim – będą zagadką dla rywali. 

Wszystko to będzie opierać się na solidnym fundamencie z już doświadczonych i sprawdzonych siatkarzy, a ich dowódcą będzie... Bruno. Pod nieobecność Murilo to właśnie młody Rezende przejmie jego obowiązki. Charyzmy i zaangażowania na pewno nie można mu odmówić ;)


Jedno jest pewne – Brazylii nawet w okrojonym składzie nie można lekceważyć. Canarinhos wciąż pozostają trudnym rywalem, a po poprzednim sezonie z pewnością będą chcieli sobie i światu coś udowodnić...


Lista 22 zawodników powołanych na Ligę Światową:

Rozgrywający:
#1 Bruno
#7 William Arjona
#17 Murilo Radke
#20 Raphael

Atakujący:
#4 Wallace
#6 Leandro Vissotto
#9 Théo
#14 Renan Buiatti

Przyjmujący:
#8 Lucarelli
#11 Thiago Alves
#12 Lipe
#15 João Paulo Bravo
#18 Dante
#21 Ary
#22 Maurício Borges

Środkowi:
#2 Isac
#3 Éder
#5 Sidão
#13 Maurício Souza
#16 Lucão

Libero:
#10 Alan
#19 Mário Jr.

3 maja 2013

Etatowy MVP

Mimo nie najwyższego wzrostu, jeden z najlepszych siatkarzy ostatnich lat, kolekcjoner nagród indywidualnych, w tym MVP ostatnich Mistrzostw Świata i Igrzysk Olimpijskich, a jednocześnie przesympatyczny i niezwykle skromny człowiek – Murilo Endres.


Najczęściej jest w cieniu swoich kolegów. Na pierwszy rzut oka zbytnio się nie wyróżnia, jednak statystyki mówią zupełnie co innego. Choć jego ruda czupryna i intensywnie niebieskie oczy przykuwają wzrok, swoim zachowaniem nie zwraca na siebie uwagi. Jak na Brazylijczyka, jest wyjątkowo spokojny i opanowany, nie wybucha emocjami jak choćby Bruno, Sérgio, czy Giba. Po tym ostatnim obejmie zresztą funkcję kapitana reprezentacji.

Poza boiskiem wyróżnia go jedynie wzrost. I choć nie jest jednym z najwyższych siatkarzy, dzięki ciężkiej pracy i poświęceniu, chłopiec urodzony i wychowany w Passo Fundo został najlepszym na świecie. W ciągu dwóch ostatnich lat zgarnął nagrody MVP na niemal wszystkich imprezach, także na Olimpiadzie w Londynie, gdzie z reprezentacją zdobył srebrne medale.


Kariera pełna sukcesów zaczyna się, kiedy zawodnik w wieku 17 lat przybył do São Paulo. Był zaskoczony wielkością miasta, ale także przyjęciem, które, delikatnie mówiąc, nie było najlepsze. – Większość ludzi myślała, że dzięki mojemu bratu, który grał w reprezentacji, będę faworyzowany – opowiada. Mimo wszystko, pomyślnie przeszedł testy i dostał się do klubu Banespa, w którym grał również Gustavo.

Murilo od małego poświęcał się dla sportu. Oprócz siatkówki, przez jakiś czas trenował też koszykówkę i futsal. Jego mama wspomina, że wystarczyła jedna rozmowa w wieku 15 lat, aby chłopak zrozumiał, że jeśli chce odnosić sportowe sukcesy, musi odłożyć rozrywki na drugi plan. – Zaczął wracać późno do domu, więc kiedyś usiedliśmy aby porozmawiać. Wytłumaczyłam mu, że będąc sportowcem, nie będzie mógł sobie pozwolić na imprezy. Nigdy nie sprawiał problemów, był posłusznym dzieckiem. Dał się nawet przekonać do pozostania w rodzinnym mieście rok dłużej, żeby mógł skończyć tu szkołę.

Nawet dzisiaj, mając 32 lata, Murilo nie ma na koncie żadnych ekscesów i uważa to za swoją zaletę. – Nie jestem celebrytą i nie zamierzam nim być. Jestem profesjonalnym sportowcem, a te dwa style życia nie idą ze sobą w parze – uważa. Nie jest więc dziwne, że został powołany do reprezentacji narodowej. Po raz pierwszy znalazł się w jej szeregach w 2003 roku, kiedy Gustavo błyszczał jako najlepszy środkowy na świecie. – Nie da się porównać, który z nas jest lepszy. Gramy na różnych pozycjach, a ja jako młodszy brat, podziwiam go. Nasi rodzice starają się nie faworyzować żadnego z nas i kochają nas tak samo – żartuje.


Za to Bernardo Rezende nie szczędzi pochwał dla jednego ze swoich ulubieńców. – Murilo jest sportowcem, który we wszystko co robi wkłada wysiłek i poświęcenie, pasję. Podchodzi do tego bardzo poważnie, a także rozumie i docenia znaczenie drużyny – mówi trener. Po wygraniu złota w Mistrzostwach Świata i odebraniu statuetki MVP, Bernardinho opisał go tak: „Murilo być może nie jest najlepszym atakującym, ale atakuje jak nikt inny, być może nie jest najlepszym zagrywającym, ale zagrywa jak nikt inny”. Jego niewątpliwym atutem jest bycie kompletnym we wszystkich elementach siatkarskiego rzemiosła.

U jego boku stoi dwukrotna mistrzyni olimpijska – Jaqueline. Para jest niemal jak ogień i woda. – Ona jest szalona, zdarza się, że wybucha. Jest całkowicie inna niż ja. – opisuje Murilo. – Narzeka, kiedy jestem cicho, bo myśli, że nie mam ochoty rozmawiać – żartuje. Poznali się 14 lat temu na treningach w São Paulo. Początek ich znajomości jednak nie był łatwy. Mama siatkarki niepokoiła się o córkę przebywającą z dala od domu i nie pozwalała jej na przypadkowe znajomości. Murilo więc usłyszał od Jaque: „albo zostaniesz moim chłopakiem, albo widzisz mnie po raz ostatni”. Wobec takiego ultimatum, nie miał zbyt dużego wyboru...


Teoretycznie mieszkali w jednym mieście, ale ogromny rozmiar metropolii nie ułatwiał im spotkań. Jednak wspólna miłość do sportu pomogła parze w przezwyciężeniu trudności. Starali się tak układać swoje plany dnia, by mieć dla siebie jak najwięcej czasu. Jednak ich związek został wystawiony na próbę, kiedy grając we Włoszech nie widzieli się przez ponad sześć miesięcy. – Oczywiście, że tęskniliśmy, ale nie pozwoliłbym jej na porzucenie kariery po to, żeby być bliżej siebie. Po dziesięciu latach spotykania się wreszcie udało nam się zamieszkać razem. Odkąd jesteśmy małżeństwem, zdarzało się nam odrzucać zagraniczne oferty, bo już nie chcemy się rozdzielać.
 

Marzeniem najlepszego siatkarza świata jest teraz powiększenie rodziny. – Bardzo chciałbym, żeby nasze dziecko widziało mnie w barwach reprezentacji, zwłaszcza w trakcie Olimpiady w Rio, która będzie moim ostatnim turniejem w karierze. Ale co roku są imprezy reprezentacyjne, sezon ligowy trwa długo... nie ma żadnej przerwy. To trudne, ale kiedy poświęca się dla sportu, nie można nagle zawrócić – powiedział zasmucony.

Poza Olimpiadą, najlepiej wspomina Mistrzostwa Świata Juniorów z 2001 roku, które zapoczątkowały jego sukcesy w reprezentacji. Choć tych jest znacznie więcej niż przegranych, czasem trzeba przełknąć gorycz porażki. – Radzę sobie z tym o wiele lepiej, niż na początku. Czasami przegrywamy, bo rywale po prostu grają lepiej, kropka. Ale kiedy mam świadomość, że moja zła gra przyczyniła się do porażki, zdarza się, że ciężko mi zasnąć. To wszystko dudni w głowie i czasem zasypiam dopiero nad ranem. Żeby unikać negatywnych myśli, gram w gry wideo albo siedzę w internecie, staram się je jakoś zagłuszyć.

Mimo tylu zdobytych medali i tytułów, wciąż twardo stąpa po ziemi. – Nie mam obsesji bycia najlepszym. W 2010 roku po raz pierwszy zostałem wybrany MVP i to od razu na trzech różnych turniejach. Uważam, że nagroda, choć indywidualna, to rezultat gry całej drużyny. Jednak mam świadomość, że nie jestem zbyt wysoki, więc muszę pracować więcej i ciężej niż inni, aby być lepszym w podstawowych elementach.
Wzoruje się na najlepszych, jednym z jego idoli jest Giba. – Od dawna był dla mnie wzorem, częściowo dlatego, że jest podobnego wzrostu co ja, a zawsze błyszczał pomiędzy gigantami.


Choć tak różny od Giby, wyrósł na nowego lidera reprezentacji. Nie jest może tak żywiołowy i charyzmatyczny, jego siłą jest spokój i opanowanie. Nie jest „zwierzęciem medialnym”, ale nigdy nie odmawia dziennikarzom, dla kibiców też zawsze znajdzie czas. Jest cierpliwy, skromny i niezwykle „normalny” – nie wywyższa się, nie zadziera nosa, mimo tylu sukcesów nie przewróciło mu się w głowie.
Niestety, przesympatycznego Brazylijczyka nie zobaczymy w tym sezonie reprezentacyjnym. Zdecydował się na operację ramienia, które dokuczało mu już od ubiegłorocznej Ligi Światowej. Na Olimpiadę pojechał, jak sam twierdził, na własne ryzyko i po powrocie z Londynu miał poddać się zabiegowi. Jednak z powodu zobowiązań klubowych, postanowił przełożyć operację do zakończenia Superligi – uznał, że wykluczenie z gry na kilka miesięcy nie byłoby fair wobec klubu. Szkoda, że klub nie docenił tego gestu i nie przedłużył z nim kontraktu...

nie pękaj Murilo, chłopaki nie płaczą!

Murilo poszedł „pod nóż” w dniu swoich 32. urodzin. Zabieg trwał około dwóch godzin i zakończył się sukcesem. – Wszystko poszło dobrze i to jest najważniejsze. Teraz nie można z niczym się spieszyć, wiem że rehabilitacja to powolny proces, więc przyda mi się dużo cierpliwości, żeby dojść do 100% sprawności. Wiedząc, że nie będę więcej czuł bólu, mogę nareszcie odetchnąć z ulgą – powiedział siatkarz. – To dość nietypowe urodziny, ale móc otrzymać „nowe ramię” to piękny prezent – podsumował.

Przerwa w grze siatkarza potrwa od sześciu do ośmiu miesięcy. Kanarkowożółtą koszulkę założy dopiero w przyszłym roku. Jednak dzięki zabiegowi, na Mistrzostwach Świata w Polsce Murilo będzie miał szansę pokazać maksimum swoich możliwości i być filarem drużyny. 



Wszystkiego najlepszego i szybkiego powrotu do zdrowia!

opracowano na podstawie Revista tpm