26 marca 2013

Kibic ma kasę, kibic zapłaci

Wczoraj pojawiły się bilety na pierwsze mecze Ligi Światowej. Zaskoczenie wszystkich w związku z brakiem żadnej zapowiedzi, kiedy rozpocznie się sprzedaż, zwiększył jeszcze jeden drobiazg: kosmiczne ceny.

Wiadomość o treści: „Szanowni Państwo rusza sprzedaż biletów na 2 pierwsze mecze tegorocznych rozgrywek Ligi Światowej 2013 w Polsce. Od dzisiaj w sprzedaży dostępne są bilety na spotkanie Polska – Brazylia” gruchnęła jak grom z jasnego nieba. W ubiegłym roku na kilka dni przed uruchomieniem sprzedaży była podana informacja, ba! Na stronie TicketPro działał nawet specjalny zegar, odliczający czas do „godziny zero”. Teraz? Nic. Być może miało to na celu zapobiegnięcie takim obciążeniom serwerów, jakie zdarzyły się rok temu... Ale to zwyczajnie nie fair! Osoby będące w pracy/szkole/na uczelni praktycznie nie miały szans na zakup wejściówek. Sprzedaż ruszyła w południe. Cztery godziny później na Torwarze nie zostało ani jedno miejsce. Na mecze w Łodzi jedynie resztki.

Jednak największy szok to ceny. A kształtują się one następująco: Łódź 70-200zł, Warszawa 150-250zł. Za JEDEN mecz. Czy kogoś ostro porąbało?! W ubiegłym roku na dwa mecze w Katowicach najdroższe wejściówki były po 150zł! I to były miejsca w sektorze VIP, na samym środku, najbliżej boiska! A teraz tyle płacić za najgorsze miejscówki?

PZPS ładnie zakpił sobie z kibiców. Najpierw swoją śmieszną decyzją o meczu z najbardziej atrakcyjnym rywalem na malutkim Torwarze, teraz ceną na ten pojedynek. Spotkałam się gdzieś z opinią, że wybrano Torwar, żeby ten mecz uczynić „elitarnym”. Rzeczywiście, bo na taki wydatek nie stać każdego.
W efekcie sporo ludzi ze stolicy, zamiast na mecz wybrać się w swoim mieście, zdecydowało się... pojechać do Łodzi. Bo z dojazdem i być może noclegiem wyjdzie im to taniej niż w Warszawie.

podobno najlepsi kibice na świecie. fot. FIVB

Cofnijmy się trochę w czasie. Rok 2011, mecze grupowe. Polska – Brazylia w Spodku, najdroższe bilety kosztowały 120zł. Rok później: 150zł, ale już za dwa mecze. Finały Ligi Światowej w Gdańsku, wejściówka na mecz o trzecie miejsce i o złoto za 120zł. Dla młodych osób, a tacy przeważają na trybunach, to i tak spory wydatek, ale jeszcze w granicach rozsądku. Bo da się zrozumieć, że polska reprezentacja gra dobrze i mecze stoją na wysokim poziomie, więc przynajmniej warto wydać te pieniądze. Można się było spodziewać, że po sukcesie z Sofii ceny wzrosną... ale żeby aż tak?! Na siatkówkę chodzą całe rodziny. Gdyby chciały się wybrać cztery osoby, wydatek rzędu 600-1000zł za jeden mecz to jednak nie jest byle co...


Niestety, ceny na warszawski mecz nie zniechęciły kibiców. Bilety rozchodziły się jak ciepłe bułeczki. Żeby zmusić organizatorów do obniżenia cen, przydałby się chyba strajk i pustki na hali w ramach protestu. Ale na to się nie zanosi, bo na mecze i tak będą przychodzić ci, którzy chcą się polansować, bo siatkówka jest ostatnio modna i ci, którym naprawdę BARDZO zależy i są w stanie oszczędzać nawet cały rok i wydać ostatnie pieniądze.

Za to ciekawie zapowiadają się przyszłoroczne Mistrzostwa Świata. Niewykluczone, że wejściówki nawet na mecze w tych grupach, gdzie nie będą grali Polacy, będą kosztowne – w końcu to Mistrzostwa Świata, prestiż, te sprawy. Nie zdziwi mnie wcale powtórka z finałowego turnieju Ligi Światowej w Gdańsku, kiedy na wieczornych meczach Polaków był komplet, za to na porannych... pustki. I chociaż grały naprawdę mocne drużyny i emocji nie brakowało, a bilety były w śmiesznych cenach 10-25 zł za DWA mecze, trybuny nie były zapełnione nawet w połowie, a atmosfera była drętwa i nijaka. Podejrzewam, że większość kibiców będzie wolała jechać gdzieś dalej, ale na mecz Polaków, niż iść na mecz w swoim mieście, za to zupełnie obojętnych mu drużyn. A jeśli bilety będą drogie, to już w ogóle. Po co przepłacać, oglądając jakichś Włochów, Argentynę czy Bułgarię? Kogo to interesuje? Tylko dziwnie będą wyglądać w telewizji pustawe hale, w kraju, który ma przecież najlepszych kibiców na świecie. 
 
na telebimie (i pod nim) widać pustki na hali. fot. FIVB

A kibice będą, a jakże. Tylko na meczach swojej drużyny, choćby mieli wydać na to równowartość miesięcznej wypłaty. Bo jeśli kibicowi bardzo zależy, to pójdzie. Serce kibica wygrywa nad rozumem. Więc można na nim żerować do woli.

22 marca 2013

Stadionom mówimy „NIE”

Ostatnio, nie wiedzieć dlaczego, władze PZPS starają się za wszelką cenę o nowe miejsce rozgrywania siatkarskich spotkań. W stolicy. I nie chodzi bynajmniej o budowę nowej hali, która pozwoliłaby na goszczenie imprez na najwyższym poziomie… Zamiast tego, mecze mają odbywać się na Stadionie Narodowym.

Rewolucyjny pomysł pierwszy raz pojawił się jeszcze przed Olimpiadą. Powstała idea, żeby rozegrać na Narodowym mecz rewanżowy za finał olimpijski, o ile Polacy by się do tego finału dostali. Jak wiemy, nie dostali się, a pomysł umarł śmiercią naturalną.

fot. sport.interia.pl

W okolicach grudnia ubiegłego roku, po ogłoszeniu składu grup na Ligę Światową, postanowiono do niego wrócić. Kiedy stało się jasne, że Polska kolejny raz zmierzy się z Brazylią, ponownie zaczęto mówić o Narodowym w kontekście siatkówki. Wiadomo, że na meczach z takim rywalem zawsze jest komplet widzów, dlaczego by więc nie zapełnić całego stadionu? 60 tysięcy miejsc, takiej publiczności mecz siatkarski nie miał jeszcze nigdzie na świecie!
(g… prawda. Rekord należy do Brazylii: rok 1983, mecz Brazylia – ZSRR na Maracanie oglądało 102 tysiące kibiców)

Prezes pomysłem był zachwycony. Co więcej, władze FIVB ponoć nie miały nic przeciwko, kiedy im go przedstawił. Na nic oburzone glosy kibiców i prześmiewcze komentarze w mediach. „Na szczęście” pojawił się inny pomysł i Narodowy na siatkówkę poczeka przynajmniej do następnego roku. Ufff.

fot. sport.wp.pl

Ale co się okazało? Mecz z Brazylią mimo wszystko odbędzie się w Warszawie. W hali, a jakże. Gdzie dokładnie? Na Torwarze!!!
Kiedy pierwszy raz o tym przeczytałam, myślałam, że to jakiś kiepski żart. Mecz z Brazylią na hali mieszczącej 4800 osób? Poważnie?! Przecież to jawna kpina z kibiców. W ubiegłym roku na mecz w Spodku najlepsze (i najdroższe) miejsca zniknęły w 15 minut. PIĘTNAŚCIE. Byłam, widziałam. I trwoga z przerażeniem mnie ogarniała, bo system w Empiku się zawiesił i nie mogłam kupić biletów. Nie wyobrażam sobie w takim razie, co będzie się działo tym razem. Dla przypomnienia – Spodek ma niecałe 11.000 miejsc, więc ponad dwukrotnie więcej. Do Ergo Areny, która pojemność ma jeszcze większą, wysłano Argentynę. Brawo, PZPS, świetny wybór.


Pomysł z Narodowym jednak wcale nie umarł, o nie! Zaproponowano, by odbył się tam inauguracyjny mecz Mistrzostw Świata 2014, wraz z ceremonią otwarcia. Ok, niech im będzie. To może wyjść całkiem fajnie i spektakularnie, będzie swego rodzaju bardziej widowiskiem, niż meczem. Ale kolejna inicjatywa PZPS sprawiła, że zwątpiłam w sens wszechrzeczy. Otóż podobno negocjuje się z władzami Katowic, by na Narodowy przenieść finał Mistrzostw Świata!

fot. euro2012.dziennik.pl

Do samej idei meczu na stadionie zawodnicy odnosili się dość sceptycznie, ale już trener Anastasi był zachwycony. Mówił, że co prawda widoczność może nie będzie idealna, ale liczy się ta atmosfera, poczucie jedności z kibicami i samo uczestnictwo w takim wydarzeniu… Nie wiem jak inni, ale ja idę na mecz, żeby widzieć, co się dzieje, śledzić akcję na boisku, a nie na telebimach i dopingować swoją drużynę, widzieć ich radość i złość, a nie jedynie bawić się z innymi kibicami, robić falę i klaskać na zawołanie „wszystkie ręce w górę! Jak najgłośniej!”.

I o ile na meczu otwarcia jeszcze można na to przymknąć oko, dobra – chcą, to niech będzie z pompą, ale ten mecz nie będzie jeszcze o niczym znaczył, tak mecz O ZŁOTO?! Gdybym chciała sobie oglądać akcję na telebimie, równie dobrze mogę zostać w domu i oglądać transmisję. Jeśli już wydaję grubą kasę na mecz, to chciałabym widzieć zawodników i chociaż ich numery na koszulkach, żeby ich jakoś rozróżniać, bez konieczności inwestowania w lornetkę… Nie oszukujmy się, bilety na decydujące mecze na pewno będą koszmarnie drogie – w końcu to Mistrzostwa Świata. A skoro na Lidze Światowej ceny dochodziły do 150zł…

Dla tych, którzy nie widzieli nic złego w meczu siatkówki na stadionie piłkarskim, jedna z fotoreporterek przygotowała małą wizualizację. Tak wygląda boisko siatkarskie na murawie stadionu:
rys. LUMIKA fotografia sportowa
Podejrzewam, że niewiele byłoby widać nawet z miejsc najbliżej boiska. Nie ma mowy o zauważeniu, czy był blok, czy nie, czy piłka wpadła w boisko, czy w aut… Z cieszeniem się po akcji trzeba by czekać na decyzję sędziów.

I zupełnie nie trafia do mnie argument, że w stolicy nie ma siatkówki, więc też im się należy. A przepraszam, AZS PW to drużyna hokeja na trawie? W Katowicach i okolicach nie ma wcale drużyny ligowej. W Poznaniu nie ma żadnych imprez siatkarskich. Podobnie z Krakowem, Toruniem, Szczecinem… Czyja to wina, że Warszawa nie ma porządnej hali? Jeśli woleli wydać na stadion, który zamiast na siebie zarabiać, generuje tylko straty i póki co jest ośmieszeniem polskiego sportu (pamiętny basen w meczu z Anglią), to ich problem! Tylko niech nie wciskają siatkówki na siłę na stadion piłkarski. Bo kibice nic nie zawinili, żeby krzywdzić w ten sposób ich i dyscyplinę. Jeśli mekką polskiej siatkówki jest Spodek i to właśnie on został wybrany do organizacji meczów finałowych, niech tak zostanie. Amen.
(i nie, wcale nie piszę tak tylko dlatego, że jestem z Katowic.)

16 marca 2013

Bratobójczy pojedynek

Europa żyje Ligą Mistrzów, a tymczasem w Brazylii bracia walczą o awans do półfinału Superligi.

Do niedawna grali w jednej drużynie, ramię w ramię. Teraz stanęli po przeciwnych stronach siatki. W boju o półfinał zwyciężyć może tylko jeden z nich. Drugi zostanie z niczym.

 Gustavo i Murilo Endres, bo o nich mowa, są liderami swoich zespołów. Pierwszy jest mistrzem olimpijskim i dwukrotnym mistrzem świata, drugi „tylko” dwukrotnym mistrzem świata i wicemistrzem olimpijskim, za to zgarnia nagrody MVP na niemal wszystkich imprezach. Murilo w sezonie 2010/2011 zdobył z SESI São Paulo mistrzostwo kraju i chce odzyskać tytuł, drużyna Gustavo to... tegoroczny beniaminek. I choć Canoas sprawiało już w tym sezonie niespodzianki, w tej rywalizacji chyba nikt nie stawiał tej ekipy w roli faworyta.

Tymczasem dwa dotychczasowe mecze ćwierćfinałowe były niezwykle zacięte. Oba zakończyły się dopiero po tie-breaku – w pierwszym zwyciężyło Canoas, w drugim górą okazało się SESI. O wszystkim zadecyduje dzisiejszy, trzeci pojedynek, bowiem mecze play-off w Superlidze grane są do dwóch wygranych.

fot. Instagram

W pierwszym starciu SESI miało przewagę własnej hali. Mimo tego, zaczęli wręcz beznadziejnie. Nie mogli złapać odpowiedniego rytmu i rywale robili z nimi, co chcieli. Jakby tego było mało, pierwszego seta przerwał... deszcz. Burza szalejąca w São Paulo pozbawiła prądu kilka dzielnic, w tym także halę Vila Leopoldina. Ulewny deszcz wdzierał się do wnętrza hali. Na szczęście nie zawiódł generator prądu i już po chwili mecz można było wznowić.

Gustavo nie ukrywał dzikiej satysfakcji z blokowania ataków młodszego brata. Sam zresztą przed pojedynkiem żartował: „Najważniejszym celem tej rywalizacji jest pokonanie mojego brata”.

I w pierwszym starciu mu się to udało. Choć SESI prowadziło 2:1, drużyna Gustavo doprowadziła do tie-breaka, a następnie wygrała całe spotkanie. Środkowy był najlepiej punktującym w tym spotkaniu – zdobył aż 21 punktów.

fot. zerohora.clicrbs.com.br / Félix Zucco / Agencia RBS

W drugim meczu SESI było pod ścianą. Ponownie zaczęli źle i musieli gonić rywali. Wyrwali jednak pierwszego seta, który skończył się awanturą – sędzia odgwizdał Gustavo nieczyste odbicie. Kapitan Canoas wdał się w kłótnię z Cleberem, za co ten drugi dostał żółtą kartkę. Po chwili kartonik ujrzał też trener drużyny z Rio Grande do Sul – Paulão. Na tym się nie skończyło, trener drużyny przeciwnej też został ukarany kartką. Smaczku rywalizacji dodawał fakt, że Paulão i Giovane Gávio, trener SESI, to dawni przyjaciele z boiska – razem zdobyli złoto na Igrzyskach w Barcelonie.

Na południu Brazylii też nie brakowało atrakcji. Podobnie jak w pierwszym meczu, nagle na hali zapadła ciemność. Nie były to jedyne takie incydenty – w rywalizacji RJX z São Bernardo również z tego powodu gra musiała zostać wstrzymana.

fot. Instagram

Nie obyło się bez porozumiewawczych spojrzeń pod siatką, jakimi wymieniali się dwaj bracia. I mimo woli walki i chęci zwycięstwa z obu stron, Murilo zasmucił fakt, że przyszło im spotkać się tak wcześnie: „Zawsze fajnie jest spotkać się z Gustavo, szkoda tylko, że jeden z nas musi odpaść. Wolałbym, żeby ten pojedynek odbył się później, najlepiej w wielkim finale”.

Decydujące starcie już dziś, o 1:30 naszego czasu.
_____________

edit, 3:55

SESI W PÓŁFINALE!

SESI-SP - Canoas 3:0 (25:23, 26:24, 25:21)
Najlepiej punktujący - Murilo (18p.)
VivaVôlei (MVP) - Murilo

fot. SporTV
można iść spać :)

8 marca 2013

Kobieta - też kibic!

Podobno mamy w naszym pięknym kraju równouprawnienie płci. No właśnie – podobno. Tylko dlaczego na wieść, że dziewczyna interesuje się sportem, znaczna część mężczyzn wybucha śmiechem, albo patrzy na nią, jak na istotę z innej planety?

grupa polskich kibiców na finałach w Sofii. fot. FIVB

Sport już dawno przestał być domeną wyłącznie mężczyzn. Ale mimo tego, że na siatkarskich halach, a nawet na piłkarskich stadionach, można zobaczyć coraz więcej kibicek, niektórzy wciąż traktują to jak jakieś odchylenie od normy. Kultowym już stało się pytanie „a wiesz chociaż, co to spalony?”. Zupełnie, jakby miało to przerastać nasze małe, ograniczone rozumki. Ciekawe, ilu facetów rzekomo interesujących się siatkówką, od samego początku wiedziało, co to jest pipe albo przesunięta krótka, albo za kogo wchodzi libero i dlaczego ma inny kolor koszulki. Szanowni panowie, kobiety też znają zasady dyscypliny, którą się interesują, a nie patrzą jedynie na ładne buźki, umięśnione klaty i wypięte pupy sportowców! :P

Trzeba jednak szczerze przyznać, że i takie osoby się zdarzają. Przeważnie jednak ich wiek wciąż kończy się na –naście, a powiedzmy sobie szczerze – która z nas nie przechodziła przez etap zauroczenia kimś znanym? W pewnym momencie po prostu się z tego wyrasta. A fascynacja sportowcami jak najbardziej może przerodzić się w pasję do sportu.
 
cheerleaderki występujące w przerwach meczu. fot. FIVB

Z drugiej jednak strony... Faceci tak bardzo to potępiają, robiąc z nas głupiutkie istotki, które przychodzą na mecz tylko sobie popatrzeć i powzdychać do atletycznie zbudowanych sportowców w obcisłych koszulkach. A sami z zachwytem patrzą na cheerleaderki, które w skąpych strojach występują w przerwach między setami. Nie wspominając już o strojach zawodniczek w siatkówce plażowej, które więcej odsłaniają niż zasłaniają. I to niby jest w porządku? U panów to naturalne, a u kobiet już nie? Ech, hipokryzja. 

Najwięcej kibiców płci pięknej można zaobserwować na trybunach hal siatkarskich. Nie wiem, co takiego ma w sobie akurat ta dyscyplina, że przyciąga tyle kobiet. Być może chodzi o to, że nie ma takiego chamstwa i bójek między kibicami, jak to bywa w przypadku piłki nożnej, a sam sport przez to, że obie drużyny oddziela siatka, nie jest tak brutalny. Nie zapominajmy o tym, że jesteśmy delikatnymi i wrażliwymi istotkami. Co nie oznacza wcale, że nie zdzieramy swoich gardeł, dopingując ukochaną drużynę. Wolimy koszulkę w klubowych barwach od sukienki, a oszczędności zamiast wydawać na błyskotki i kosmetyki, przeznaczamy na meczowy wyjazd. Kobieta też może być pełnoprawnym kibicem. Dla drużyny liczy się każdy głos wsparcia – niezależnie od tego, do kogo należy.

fot. FIVB

Wszystkiego najlepszego wszystkim kibicującym kobietom! 
Mam zamiar spędzić dzisiejszy wieczór... oglądając mecz :)

5 marca 2013

Lepsze jest wrogiem dobrego, cz. 2

Pisałam już o zmianach, jakie FIVB wprowadzało w ostatnich latach, aby udoskonalić Ligę Światową. Rok 2013 zapowiada kolejną rewolucję. 

W finałach powracamy do ośmiu drużyn. Ale faza grupowa to zupełnie inna bajka. Króciutkie przypomnienie: liczbę uczestników powiększono do osiemnastu, podzielono ich na trzy grupy. Dwie pierwsze składają się z tych najsilniejszych, rozdzielonych zasadą serpentyny według rankingu FIVB. Trzecia to ci, którzy dopiero dobijają się do drzwi światowej czołówki, ale mają potencjał i szansę sprawienia niespodzianki. W finałach zagrają po trzy najlepsze ekipy z grup A i B, gospodarz i najlepsza drużyna z grupy C. Trzeba przyznać, że pomysł ciekawy, bo dający szansę tym słabszym, którzy w dotychczasowej formule nie mieliby szans na awans do finałów. Ale jak można się domyślić, ma już swoich przeciwników, chociaż nie zdążyliśmy się jeszcze przekonać, jak sprawdzi się w praktyce. O co chodzi? 

Po pierwsze, drużyna z grupy C ma „zabrać miejsce” komuś z tych silniejszych. Cóż, to fakt. Ale czy można powiedzieć, że komuś należy się ono bardziej, a komuś mniej? Poza tym, w jaki inny sposób te słabsze ekipy mają się rozwijać? Mecze towarzyskie to nie wszystko, wtedy nie ma presji wyniku. Trzeba rozegrać kilka spotkań z czołówką, żeby móc zacząć do tej czołówki aspirować.

Konferencja prasowa przed meczami w Katowicach

Po drugie, mecze rozgrywane w sześciu różnych miastach, a nie jak dotychczas, w trzech. Co ciekawe, tylko w przypadku Francji, Włoch i Polski. To niewątpliwie ukłon w stronę kibiców z różnych zakątków kraju, żeby wynagrodzić im ubiegły rok. Ci z pewnością będą zadowoleni, ale siatkarze? Może tym razem ominą ich długie podróże przez ocean, bo mecze wyjazdowe grają tylko na terenie Europy... ale przemieszczanie się z miasta do miasta między dwoma meczami w weekend, kiedy mogliby zamiast tego spokojnie trenować, też pewnie nie ułatwi im sprawy. 

Kolejna kwestia to skład grup. Polacy nie będą mieli za rywali żadnych słabeuszy. Do każdego meczu trzeba będzie podejść serio i grać na maksa, bo porażki mogą drogo kosztować. Problem mogą mieć ci trenerzy, którzy traktują Ligę Światową jako poligon doświadczalny i testują zmienników. W pojedynkach z takimi „potęgami” jak Portoryko czy Portugalia, można było sobie na to pozwolić. Ale traciło na tym widowisko – w końcu kibice płacili sporo pieniędzy za bilety, mając nadzieję na zobaczenie światowych gwiazd. Nierzadko zamiast tego, widzieli zawodników rezerwowych, a mecz zamiast ciekawej walki był jednostronnym laniem. Teraz ma się to zmienić i w naszej grupie zapowiada się walka „na śmierć i życie”. Na pewno podniesie to atrakcyjność meczów i nie będzie już takich, które należy tylko rozegrać, wygrać i zapomnieć o nich jak najszybciej. Inna sprawa, że droga do finałów nie będzie dla nikogo usłana różami i ciężko powiedzieć, kto się w nich znajdzie. Są pewni faworyci, ale niewykluczone, że będziemy świadkami zaskakujących rozstrzygnięć. 

Nie da się ukryć, że pomysł ma swoje złe, ale i dobre strony. Jednak to, co najbardziej denerwuje większość kibiców, to częstotliwość wprowadzania zmian. Wywracanie turnieju do góry nogami każdego roku raczej nie uczyni go bardziej prestiżowym, a wręcz przeciwnie - może tylko ośmieszyć. Ledwo kibice przyzwyczają się do jednego systemu, a już wprowadzany jest zupełnie nowy. Podobnie jest z siatkarzami - ich sztaby szkoleniowe muszą zmieniać przygotowanie do każdego meczowego weekendu, bo przecież inaczej gra się dwa mecze z tym samym przeciwnikiem, a inaczej trzy, każdego dnia z kim innym. Jaki jest cel tego zamieszania? Cóż, pewnie powiedzą, że zmiany na lepsze, udoskonalenie turnieju i uczynienie go bardziej atrakcyjnym. Ale czy naprawdę trzeba poprawiać coś, co jest dobre i sprawdza się od lat? I dlaczego są to tak częste i tak drastyczne zmiany?  

Polacy na podium Ligi Światowej

Kto wytrzyma sześć tygodni grania na najwyższym poziomie? Czy w tym roku wszyscy uczestnicy będą walczyć o finały, czy podobnie jak ostatnio, odpuszczą, żeby skupić się na Mistrzostwach Europy? Kto tym razem sięgnie po złoto? Czy Polacy powtórzą sukces z Sofii, czy ponownie zwyciężą rosnący w siłę Rosjanie, a może na tron wrócą Brazylijczycy? A przede wszystkim, jak sprawdzi się nowy format rozgrywek? Czas pokaże.
Do rozpoczęcia rozgrywek zostało już mniej niż sto dni...

3 marca 2013

Lepsze jest wrogiem dobrego

Do Ligi Światowej zostało już mniej niż sto dni. Dwudziesta czwarta edycja turnieju znowu zostanie rozegrana według innej formuły. Zmiany prowadzą do rozwoju, ale... czy aby na pewno są to zmiany na lepsze?

Liga Światowa od dawna budzi kontrowersje. To długi, męczący turniej, którego niezmiennym i najbardziej dokuczliwym elementem jest przemieszczanie się zawodników między kolejnymi miejscami rywalizacji. Dla kibiców niewątpliwie to spora gratka – co roku mają okazję widzieć na żywo swoich ulubieńców, walczących ze światową czołówką. Mecze są „o coś”, liczy się każdy punkt, w przeciwieństwie do towarzyskich spotkań. Co roku rozgrywki cieszą się ogromną popularnością, co skłania organizatorów do poszukiwania i wcielania w życie coraz to nowych pomysłów na urozmaicenie turnieju. Z różnym skutkiem. Na początek cofnijmy się o kilka lat... 

Rok 2001. W Lidze Światowej pierwszy raz bierze udział szesnaście drużyn, podzielonych na cztery grupy. W latach 2004-2005 zmniejszono liczbę uczestników do dwunastu, by w 2006 ponownie rozszerzyć skład turnieju. Do finałów zwykle awansowało po sześć drużyn. Przez lata zdążyliśmy się przyzwyczaić do takiej formuły rozgrywek. 

Rok 2011. Sposób rozgrywania rundy interkontynentalnej – bez zmian, ale w turnieju finałowym w Gdańsku mamy osiem drużyn. 
 
fot. FIVB

Rok 2012... i wszystko wywróciło się do góry nogami. Zamiast dotychczasowego systemu w rundzie grupowej, czyli dwumecz z każdym przeciwnikiem u siebie oraz rewanże na wyjeździe, mamy mini-turnieje w każdym kraju. Zamiast trzech weekendów z siatkówką, jest jeden. Zamiast trzech miast – jedno. Ilość meczów, jakie do rozegrania miała każda drużyna, pozostawała niezmieniona.

Teoretycznie, miało to zmniejszyć liczbę podróży, na które tak bardzo narzekają wszystkie zespoły. I nic dziwnego, że narzekają, bo latanie przez ocean w tę i z powrotem do przyjemności chyba nie należy, zwłaszcza, jeżeli ma się około dwóch metrów wzrostu i ciężko w ogóle zmieścić się w fotelu. Do tego ciągłe zmiany stref czasowych o kilka godzin i organizm głupieje. Zbliżała się Olimpiada, więc pójdźmy siatkarzom na rękę! Cóż, w naszej grupie najwyraźniej coś nie wyszło. Kolejność rozgrywania turniejów: Kanada, Polska, Brazylia, Finlandia. Genialne! Nie ma to jak polatać sobie cztery razy z jednego końca świata na drugi. W ciągu zaledwie miesiąca z hakiem. Czy naprawdę nie można było zmienić kolejności i zamienić Polskę z Brazylią? Kwestię finałów, które rozpoczęły się trzy dni po ostatnich meczach grupowych, już pominę. Wspomnę może tylko, że Brazylijczycy wyruszyli w podróż do Sofii, nie mając w ogóle pewności, czy awansują do Final Six, a Amerykanie prosto z ostatniego meczu, który awans im zapewnił, biegli do samolotu. Ich trener ledwo zdążył na konferencję prasową, odbywającą się dzień przed pierwszymi meczami.

Jeśli miałabym patrzeć na ubiegłoroczną „Światówkę” wyłącznie z mojej perspektywy, było super – wszystkie mecze na miejscu, bo do Spodka mam rzut kamieniem, nie musiałam nigdzie jeździć, martwić się o nocleg i dojazd, ani mieć wyrzutów sumienia przez zawalanie zajęć na uczelni. Sześć meczów w trzy dni – czego chcieć więcej? 

Polska - Kanada w katowickim Spodku

Szkoda tylko, że kibice z północnej Polski pewnie nie mogli powiedzieć tego samego. Owszem, mieli finały rok wcześniej w Gdańsku, ale dotychczas każdy miał mniej więcej równe szanse, by zobaczyć siatkarzy w akcji. A teraz? Jechać z pomorza choćby do Bydgoszczy, a 12 godzin do Katowic, to jednak spora różnica... Przyznaję, że z miejscem rozgrywania turnieju miałam szczęście. Gdyby to nie były Katowice, ale choćby Łódź, podejrzewam, że to ja byłabym po stronie tych rozgoryczonych i wkurzonych. 

O zbliżającej się tegorocznej edycji „Światówki” i zmianach, jakie ze sobą niesie, napiszę następnym razem.

1 marca 2013

Zamiast wstępu

Początki zawsze są najtrudniejsze. Świadczyć może o tym fakt, że zbierałam się do założenia tego bloga już dość długo, bo od Igrzysk Olimpijskich w Londynie. Zbierałam się, zbierałam i dopiero teraz udało mi się wreszcie powołać go do życia. Cóż, lepiej późno, niż wcale.

Siatkówka to jedna z moich pasji. Niestety, występuję jedynie w roli widza, bo wstyd się przyznać, ale grać nie potrafię zupełnie. Nie przeszkodziło mi to jednak obdarzyć jej miłością wielką i bezwarunkową – chyba każdy kibic wie, o czym mówię. Ta pasja dostarczyła mi niesamowitych emocji, niezapomnianych przygód i pozwoliła się przekonać, że marzenia naprawdę się spełniają. 

Moim początkowym zamysłem było prowadzenie blogowych zapisków przez cały cykl olimpijski, aż do Rio de Janeiro, komentując aktualne wydarzenia i historię, która znów będzie się pisała na naszych oczach. Zobaczymy, czy zdołam wytrwać w tym postanowieniu ;) 

Znajdą się tu tłumaczenia ciekawych zagranicznych artykułów i wywiadów, własne materiały, zdjęcia, a także – a może raczej: przede wszystkim – moje subiektywne przemyślenia na tematy okołosiatkarskie. Mam nadzieję, że uda mi się wywołać ciekawe dyskusje, a Wy staniecie się moją motywacją do pisania.

Miłego czytania!

Aha, i jeszcze jedno – tytuł bloga jest nieprzypadkowy. W takim razie, dlaczego akurat „tie-break”? Z przekory. Nienawidzę tie-breaków. W ogromnej większości przypadków, kiedy jest rozgrywany piąty set, przegrywają ci, którym kibicuję. Mam nadzieję, że z czasem się to zmieni.