3 marca 2013

Lepsze jest wrogiem dobrego

Do Ligi Światowej zostało już mniej niż sto dni. Dwudziesta czwarta edycja turnieju znowu zostanie rozegrana według innej formuły. Zmiany prowadzą do rozwoju, ale... czy aby na pewno są to zmiany na lepsze?

Liga Światowa od dawna budzi kontrowersje. To długi, męczący turniej, którego niezmiennym i najbardziej dokuczliwym elementem jest przemieszczanie się zawodników między kolejnymi miejscami rywalizacji. Dla kibiców niewątpliwie to spora gratka – co roku mają okazję widzieć na żywo swoich ulubieńców, walczących ze światową czołówką. Mecze są „o coś”, liczy się każdy punkt, w przeciwieństwie do towarzyskich spotkań. Co roku rozgrywki cieszą się ogromną popularnością, co skłania organizatorów do poszukiwania i wcielania w życie coraz to nowych pomysłów na urozmaicenie turnieju. Z różnym skutkiem. Na początek cofnijmy się o kilka lat... 

Rok 2001. W Lidze Światowej pierwszy raz bierze udział szesnaście drużyn, podzielonych na cztery grupy. W latach 2004-2005 zmniejszono liczbę uczestników do dwunastu, by w 2006 ponownie rozszerzyć skład turnieju. Do finałów zwykle awansowało po sześć drużyn. Przez lata zdążyliśmy się przyzwyczaić do takiej formuły rozgrywek. 

Rok 2011. Sposób rozgrywania rundy interkontynentalnej – bez zmian, ale w turnieju finałowym w Gdańsku mamy osiem drużyn. 
 
fot. FIVB

Rok 2012... i wszystko wywróciło się do góry nogami. Zamiast dotychczasowego systemu w rundzie grupowej, czyli dwumecz z każdym przeciwnikiem u siebie oraz rewanże na wyjeździe, mamy mini-turnieje w każdym kraju. Zamiast trzech weekendów z siatkówką, jest jeden. Zamiast trzech miast – jedno. Ilość meczów, jakie do rozegrania miała każda drużyna, pozostawała niezmieniona.

Teoretycznie, miało to zmniejszyć liczbę podróży, na które tak bardzo narzekają wszystkie zespoły. I nic dziwnego, że narzekają, bo latanie przez ocean w tę i z powrotem do przyjemności chyba nie należy, zwłaszcza, jeżeli ma się około dwóch metrów wzrostu i ciężko w ogóle zmieścić się w fotelu. Do tego ciągłe zmiany stref czasowych o kilka godzin i organizm głupieje. Zbliżała się Olimpiada, więc pójdźmy siatkarzom na rękę! Cóż, w naszej grupie najwyraźniej coś nie wyszło. Kolejność rozgrywania turniejów: Kanada, Polska, Brazylia, Finlandia. Genialne! Nie ma to jak polatać sobie cztery razy z jednego końca świata na drugi. W ciągu zaledwie miesiąca z hakiem. Czy naprawdę nie można było zmienić kolejności i zamienić Polskę z Brazylią? Kwestię finałów, które rozpoczęły się trzy dni po ostatnich meczach grupowych, już pominę. Wspomnę może tylko, że Brazylijczycy wyruszyli w podróż do Sofii, nie mając w ogóle pewności, czy awansują do Final Six, a Amerykanie prosto z ostatniego meczu, który awans im zapewnił, biegli do samolotu. Ich trener ledwo zdążył na konferencję prasową, odbywającą się dzień przed pierwszymi meczami.

Jeśli miałabym patrzeć na ubiegłoroczną „Światówkę” wyłącznie z mojej perspektywy, było super – wszystkie mecze na miejscu, bo do Spodka mam rzut kamieniem, nie musiałam nigdzie jeździć, martwić się o nocleg i dojazd, ani mieć wyrzutów sumienia przez zawalanie zajęć na uczelni. Sześć meczów w trzy dni – czego chcieć więcej? 

Polska - Kanada w katowickim Spodku

Szkoda tylko, że kibice z północnej Polski pewnie nie mogli powiedzieć tego samego. Owszem, mieli finały rok wcześniej w Gdańsku, ale dotychczas każdy miał mniej więcej równe szanse, by zobaczyć siatkarzy w akcji. A teraz? Jechać z pomorza choćby do Bydgoszczy, a 12 godzin do Katowic, to jednak spora różnica... Przyznaję, że z miejscem rozgrywania turnieju miałam szczęście. Gdyby to nie były Katowice, ale choćby Łódź, podejrzewam, że to ja byłabym po stronie tych rozgoryczonych i wkurzonych. 

O zbliżającej się tegorocznej edycji „Światówki” i zmianach, jakie ze sobą niesie, napiszę następnym razem.

5 komentarzy:

  1. Mój ulubiony sposób rozgrywania to ten pierwotny. Wydaje mi się, że chcą tutaj na siłę ulepszać i trochę nie wychodzi. Warto wprowadzać zmiany, ale trzeba je naprawdę dobrze przemyśleć, żeby nie wracać do starego (patrz rok 2006). Kwestia latania między kontynentami jest ważna i mam nadzieję, że ktoś w końcu skutecznie (!) ją rozstrzygnie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ulepszanie na siłę to najprostsza droga do spieprzenia czegoś :P Zmiany czasami są dobre, w końcu jak się nic nie zmienia, to stoi się w miejscu albo i cofa - ale no kurde, bez przesady, żeby co roku wywracać zasady turnieju do góry nogami!
      A co do latania między kontynentami - niektórzy czasami muszą, sama rozumiesz... ;)

      Usuń
  2. Mi podobał się system rozgrywania LŚ ten z 2011 roku. Ubiegłoroczny system kompletnie nie przypadł mi do gustu, ale skoro miało to pomóc drużynom w przygotowaniu się do IO, to przymknęłam na to oko ;) Myślę, że powinni w końcu zdecydować się na jeden system, a nie co roku zmieniać zasady, bo aż trudno się w tym wszystkim połapać...

    Blog zapowiada się bardzo ciekawie, na pewno będę zaglądać :) Życzę wytrwałości w pisaniu. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie - MIAŁO pomóc, a jak wyszło, to wszyscy widzieli... Jestem tego samego zdania, ciągłe udziwnianie na siłę może rozwalić naprawdę fajny i atrakcyjny dla kibiców turniej i zrobić z niego nie wiadomo co. Ale nie nastawiam się negatywnie na zapowiedziane zmiany w tym roku, zobaczymy co z tego wyjdzie.

      Dziękuję :)

      Usuń
  3. system ubiegłorocznej LŚ według mnie zawiódł ! tak jak piszesz, gdyby pozmieniać kolejności rozgrywania meczy, z pewnością wyszło by to na rękę wszystkim. Jak widać z roku na rok próbuje się udoskonalać system, ale wydaje mi się że mija się to trochę z celem, zobaczymy jak będzie w tym sezonie reprezentacyjnym

    życzę powodzenia w blogowaniu i podrawiam

    OdpowiedzUsuń