29 lipca 2013

Ćwierkająca aukcja

Wielu sportowców, w tym siatkarzy, zapraszanych jest do udziału w różnych organizacjach i akcjach charytatywnych. Wielu chętnie bierze w nich udział. Niewielu jednak... organizuje je samemu.

W ubiegłym tygodniu brazylijski rozgrywający William ogłosił na swoim twitterze aukcje trzech zestawów, które można zobaczyć poniżej.

fot. instagram

Wśród nich taka perełka, jak komplet reprezentacyjny z tegorocznej LŚ (na specjalne życzenie kupującego mógł być podpisany przez całą reprezentację), albo jak kto woli, koszulka Sada Cruzeiro, upamiętniająca zdobycie mistrzowskiego tytułu Superligi. Ewentualnie, jedyny egzemplarz butów Mizuno, z wyszytym pseudonimem siatkarza „El Mago”.

W licytacji mógł wziąć udział każdy, kto posiada konto na twitterze. Minimalna stawka podbijania ceny wynosiła 20 reali. Wszystkiemu towarzyszyła wideokonferencja za pośrednictwem twitcama.

fot. instagram

Zainteresowanie było ogromne, a ceny, za jakie zestawy zostały sprzedane, może nie imponujące (gdzie tam do setek tysięcy za koszulkę Lewandowskiego z Euro...), ale na pewno dające powód do radości tym najbardziej potrzebującym. Były to dzieci z dwóch domów dziecka, które postanowił wesprzeć William.

Udało się zebrać 3180 R$, czyli równowartość prawie 4500 zł. Oprócz tego, siatkarz zapowiedział przekazanie dziesięciu koszy ze słodyczami i najpotrzebniejszymi produktami dla każdej z placówek. Warto dodać, że nie była to pierwsza taka akcja zorganizowana przez niego – podobna miała miejsce rok temu.


Jak się chce, to można!

26 lipca 2013

10 powodów, dla których Final Six było beznadziejne

Minęło już parę dni od zakończenia Ligi Światowej. Opadły emocje (jakie emocje?!), można zabrać się za podsumowanie.

fot. FIVB


1. Nie śpię, bo oglądam mecze. Czyli pory transmisji dostosowane do europejskiej widowni (przecież tylko połowa drużyn była z Europy, who cares!).
2. Miejsce rozgrywania finałów. Mar del Plata, malowniczy nadmorski kurort. Szkoda tylko, że teraz panuje tam zima. Taka prawdziwa, z minusową temperaturą i takimi tam.
3. Żywiołowo reagująca publiczność. Mistrz świata gra z mistrzem olimpijskim, albo owego mistrza olimpijskiego leje Kanada, co chyba można nazwać ogromną sensacją, a na trybunach emocje jak na grzybach. To siatkówka, czy turniej szachowy?!
4. Frekwencja. Bez komentarza. Chyba Argentyńczycy wkurzyli się troszkę na swoją drużynę po fazie grupowej.
5. Sędziowanie. Niby ok., że arbitrzy nie bali się używać kartek, albo karać za nieczyste odbicie... Tylko dlaczego przypominało im się zwykle przy decydujących piłkach?
6. Sędziowanie po raz drugi. To dobrze, że polscy specjaliści od systemu challenge wzbudzają takie zaufanie, ale niektórzy sędziowie mogliby sami zerknąć na monitor, zamiast tylko się dopytywać, czy był ten aut, czy nie i wierzyć im na słowo.
7. Realizacja pozostawiająca wiele do życzenia. Żeby dowiedzieć się, kto akurat wszedł na zmianę, trzeba było chyba śledzić statystyki live na stronie FIVB.
8. Żenujący poziom większości pojedynków. Rok poolimpijski – zgoda, przebudowy składów swoją drogą, ale niektóre drużyny w fazie interkontynentalnej grały o niebo lepiej, niż w finałach.
9. Brak Polaków. Dla mnie akurat ten argument nie był przeszkodą i mimo tego, oglądałam mecze. Podejrzewam jednak, że sporo osób je zbojkotowało, albo zadowoliło się powtórkami.
10. Wygrana Rosji :P Nie trawię ich i nic na to nie poradzę.


Byłabym jednak niesprawiedliwa, gdybym nie wspomniała o żadnych plusach.
Po pierwsze – nagrody indywidualne. Zamiast najlepiej przyjmującego, najlepiej punktującego i tak dalej, mamy wybór najlepszej drużyny turnieju + MVP. Dla jednych może być to mniej sprawiedliwe, niż wyróżnianie zawodników na podstawie statystyk, ale według mnie, statystyki nie oddają wszystkiego i na przykład idealny przyjmujący musi nie tylko dobrze przyjmować, ale i bronić, atakować, zagrywać. Podobnie ze środkowymi, blok to nie wszystko, atakować też powinien potrafić.
 
fot. FIVB

Drugi plus nie dotyczy samych finałów, ale całego turnieju. I doskonale obrazuje go Kanada.
O co chodzi? O nowy system rozgrywek. Przed turniejem wielu narzekało, że awans dla drużyny z grupy C jest niesprawiedliwy, bo zabierze miejsce tym, którzy na to bardziej zasługują. Kanada pokazała, że nie znalazła się w finałach przypadkiem i chociaż nie udało im się nic ugrać, pokonanie Rosji było z pewnością wspaniałym doświadczeniem, które zaprocentuje w przyszłości.

Taki, a nie inny podział na grupy sprawił, że praktycznie nie ma już pojedynków ze słabeuszami. Korzyści są obustronne: te słabsze drużyny nie zbierają regularnego lania od mocarzy, a ci silniejsi nie muszą latać na drugi koniec świata, by zagrać mecz z takim Portoryko* czy Japonią, który musi się odbyć. Wszyscy rywalizują z mniej więcej równymi sobie, nie ma tak drastycznej różnicy poziomów. Sprawdziło się to – kibice byli świadkami wyjątkowo dużej liczby tie-breaków w rundzie interkontynentalnej, bo aż 25. W czterech setach skończyło się 39 spotkań! Szybkie mecze w stylu "godzinka z prysznicem i do domu" były rzadkością.

Wielu pytało, jak ma wyglądać popularyzacja siatkówki, kiedy, dajmy na to, Kanada gra z Koreą, zamiast z Brazylią czy Rosją. Rzeczywiście, słabsi przeciwnicy pewnie przyciągną na hale mniej kibiców, niż drużyny ze światowego topu naszpikowane gwiazdami. Ale kibice nie chcą ciągle oglądać porażek, nawet przeciwko tym najlepszym. Wygrane pomagają budować więź z drużyną, kibice chcą się z nią identyfikować. W przypadku krajów o niewielkim zainteresowaniu tym sportem, albo z małymi tradycjami, ma to ogromne znaczenie.


Inna sprawa, że pierwotnie drużyn w finale miało być osiem, nie sześć... Final Eight z pewnością byłby bardziej sprawiedliwym rozwiązaniem, jeśli chodzi o awans z poszczególnych grup. Ale nie zmieściło mi się na liście ;)


Dopisalibyście coś jeszcze do tej listy?

* wiem, Portoryko już od jakiegoś czasu nie gra w LŚ, ale swego czasu zaliczało spektakularne porażki 10:25.

14 lipca 2013

My Polacy tak mamy

Czyli kilka słów o tym, jak to niektórzy widzą drzazgę w oku rywala, a u siebie nie dostrzegają belki.

Parę dni temu oburzenie wywołał „artykuł” na pewnym różowym siatkarskim portalu, składający się z przetłumaczonych (przy nieocenionej pomocy wujka Google) komentarzy bułgarskich kiboli po przegranym przez nich ubiegłorocznym FinalSix. Jak to Polaków nie cierpią, że przekupili sędziów, że życzą im wszystkiego najgorszego, łącznie z rozbiciem się ich samolotu. Pomijając kwestię PO CO w ogóle odgrzebywać śmieci sprzed roku... Pojawiają się reakcje urażonych polskich kibiców. Oczywiście, tych najlepszych na świecie.

Jakie to reakcje? Cóż, mniej więcej takie same. Pełne jadu i nienawiści, w dodatku wymierzone w ogół kibiców bułgarskich, albo najlepiej cały ich naród.

Najlepsi kibice na świecie? Jak się okazuje, nie wszyscy.

Ale uwaga. Bułgarzy mieli prawo być wściekli po półfinałowej porażce w turnieju, który sami organizowali. Sędziowanie wołało o pomstę do nieba, arbitrzy mylili się w obie strony, jednak częściej na korzyść Polaków, więc nam to nie przeszkadzało. Ale podejrzewam, że gdyby rok wcześniej w Gdańsku wydarzyłoby się coś podobnego, zaraz by było okrzyknięte wielkim skandalem. Nie dało to oczywiście kibicom prawa do takiego zachowania, jakie miało miejsce, ale tak samo Zbyszkowi nie dało prawa do wyzywania ich od „pastuchów” co podobno jest na Bałkanach ciężką obrazą. Zwłaszcza, że nie wszyscy kibice się tak zachowywali, tylko małe grupki kiboli, chociaż wiadomo - najgłośniej krzyczeli, to zwracali na siebie uwagę.

Gdyby Zbyszek trzymał język za zębami, być może cała afera szybko by ucichła, a na froncie polsko-bułgarskim nie byłoby dziś takiej nienawiści. Kurtuazja niektórych zagranicznych siatkarzy jest tak wyśmiewana, ale kiedy trzeba, to jeden z drugim nie potrafią okazać dyplomacji. A nie przypominam sobie, żeby o Polsce czy polskich kibicach którykolwiek z rywali wypowiadał się negatywnie. I na pewno nie dlatego, że wszystko jest aż tak idealne, ale dlatego, że tego wymaga kultura. Jeśli coś jest nie tak, należy o tym wspomnieć, ale chyba da się to zrobić bez obrażania!

Tymczasem, na wielu polskich stronach i forach, nie mówiąc już o takich „śmietnikach” jak forum Onetu, ale na przykład o oficjalnym portalu naszej ligi, pojawiają się bardzo podobne komentarze. Skierowane nie tylko w stronę Bułgarów, ale najczęściej w każdego przeciwnika, z jakim aktualnie gramy. Nie jest to jedynie lekceważące podejście do rywala, ale regularne wyzwiska. Ale tego już nikt nie widzi...

przykład wysokiej kultury niektórych "kibiców".


I jak stwierdziła w dyskusji Siatkara9519 – zachowanie trenera Rezende jest skandaliczne, ale kiedy Anastasi rzuca tabliczkami albo atakuje kamerę Polsatu, to wszystko jest w porządku, przecież on tylko przeżywa mecz. Zachowanie Bruno jest nie do zaakceptowania, ale już u Bartmana to demonstracja tego, jak bardzo zależy mu na wygranej i jak się wczuwa w grę. I dalej – Włosi awanturują się o każdy punkt i robią „teatr”, ale Polacy tylko walczą o swoje. Zbyszek Bartman wcale nie jest momentami arogancki i zbyt pewny siebie, on tylko pokazuje charakter. Bułgarscy kibice gwizdaniem na rywali dali pokaz szowinizmu, ale na polskich halach wcale nie ma gwizdania, buczenia, ogłuszającego trąbienia, a nawet wyzwisk lecących w stronę siatkarzy.

Kiedy rywale cieszą się za bardzo w stronę Polaków, albo rzucą im zbyt długie spojrzenie pod siatką, już jest źle. Ale przecież pamiętna sytuacja z Pucharu Świata, kiedy to Michał Kubiak tak długo denerwował Dragana Travicę, że ten wściekły o mały włos rzuciłby się na niego z pięściami po meczu... jest w porządku! Bo przecież to pokazuje, jaki Misiek ma waleczny charakter. Sam zainteresowany też sprawiał później wrażenie, jakby był z siebie dumny. Rzeczywiście, bo jest z czego – jeśli nie umie się wygrać sportowo, trzeba posuwać się do takich „sztuczek”.

I na koniec mały cytat z wp.pl:
- Jesteś z Polski? To niedobrze, bo dzisiaj się na was zemścimy - zagaiła do mnie dziennikarka Elena. - Za co chcecie się mścić? - zapytałem. - Za to co o nas w zeszłym roku mówili wasi zawodnicy. Że jesteśmy pastuchami. Nie znosimy ich za to, nie są tu mile widziani - odparła. Tłumaczenia, że to tylko sportowy "trash-talk", obecny na całym świecie, nie pomogły. Na koniec rozmowy Elena jednak uśmiechnęła się i przybiła ze mną "piątkę", życzyliśmy sobie dobrego meczu.
Jest chyba subtelna różnica między "sportowym trash-talkiem", jak to określił pan redaktor, a obrażaniem rywali. Poza tym jakoś nie przypominam sobie, żeby w siatkówce zdarzały się podobne sytuacje, czyli deprymowanie rywali poprzez obrażanie ich. Podobno siatkówka jest sportem dla ludzi inteligentnych. 


Niektórzy powinni zastanowić się na sobą, zanim zaczną wytykać to i owo innym.

8 lipca 2013

Tym razem Stanley nie przestrzelił

Siatkarze reprezentacji Polski tegoroczną Ligę Światową zaczęli bardzo źle. Co prawda, furtka do turnieju finałowego wciąż jest dla nich otwarta... Pytanie tylko, czy z obecną formą, szansa na obronę wywalczonego przed rokiem tytułu jest w ogóle realna?

Po Igrzyskach Olimpijskich większość czołowych reprezentacji czekała gruntowna przebudowa. U niektórych była to zmiana pokoleniowa, u innych leczenie kontuzji. Spośród wszystkich drużyn biorących udział w Lidze Światowej, Polska jako jedna z nielicznych miała niemal niezmieniony skład. W porównaniu z poprzednim rokiem, zabrakło jedynie Pawła Zagumnego, choć i tak pierwsze skrzypce na rozegraniu grał u nas Łukasz Żygadło. Pojawili się debiutanci – Fabian Drzyzga, Andrzej Wrona, czy Dawid Konarski, lecz mogli oni liczyć jedynie na rolę zmienników.

Dla porównania: w reprezentacji Brazylii zabrakło ich największych filarów – niemal legendarnego już Giby, fenomenalnego libero Sérgio i Rodrigão, którzy zakończyli kariery reprezentacyjne, a także Murilo, wybranego najlepszym zawodnikiem Mistrzostw Świata 2010 i ubiegłorocznej Olimpiady, bowiem zdecydował się na operację barku. Próżno szukać też środkowego Sidão, który miał problemy z kręgosłupem. Ich miejsce zajęli zawodnicy dotychczas rezerwowi, jak i całkowicie nowi w szeregach kadry, choćby młody Lucarelli, który okrzyknięty został nadzieją brazylijskiej siatkówki.
 
w brazylijskiej kadrze na ten sezon zostało niewiele znajomych twarzy.

Kolejny przykład z grupy A – Francuzi grają bez podstawowego atakującego, znanego dobrze z polskich parkietów Antonina Rouziera. Argentyńczycy stracili w tym sezonie Facundo Conte, on również poddał się operacji. Podobnie Amerykanie, bez największych gwiazd w osobach Williama Priddy’ego i Claytona Stanleya, bez dotychczasowego libero i rozgrywającego.

A to tylko część drużyn. Podobnie sytuacja wygląda w reprezentacji Rosji, Włoch czy Kuby, która przez próbę ucieczki z kraju straciła swój największy talent, kapitana Wilfredo Leona. Słowem – tegoroczna Liga Światowa to niemal turniej dla rezerwowych reprezentacji. Jak wiadomo, zgranie się ze sobą nowych zawodników zawsze zabiera trochę czasu, a zmiennicy zastępujący wielkie gwiazdy rzadko są w stanie od razu zapewnić podobny poziom gry.

W takim razie, Polacy powinni mieć ogromną przewagę nad pozostałymi ekipami, to samo mówił zresztą przed sezonem trener Andrea Anastasi. Tymczasem... Od brazylijskiej „kadry B” biało-czerwoni otrzymali tęgie lanie. Początkowo było to tłumaczone zbyt krótkim okresem przygotowawczym do sezonu. Chwileczkę, ale czy wszystkie drużyny nie miały podobnego czasu na wspólne treningi na zgrupowaniach?

Jednak były to dopiero pierwsze mecze, można było przymknąć na to oko. Wszak według ekspertów, Brazylia to zawsze Brazylia, nawet bez swoich głównych filarów. Przemilczę może to, że przed meczami podchodzono do nich wręcz z pobłażaniem, po tym jak cztery ubiegłoroczne zwycięstwa nad nimi zaostrzyły wszystkim apetyty. Niestety, podobnie było dwa tygodnie później w meczach z Francją. W grze Polaków nie dało się dostrzec żadnego postępu, czego efektem były kolejne dwie porażki.

Przełamanie przyszło w meczach z Argentyną. Wszyscy odetchnęli z ulgą, kibice wreszcie mogli się cieszyć ze zwycięstwa. Z wyniku – na pewno, jednak nie z tego, jak ów mecz wyglądał. W siatkówce nie przyznają not za styl, więc powinien liczyć się jedynie końcowy rezultat, ale gra naszych „Orzełków” nie mogła cieszyć. Na tle dość przeciętnej Argentyny wyglądała po prostu słabo, bardzo słabo. Z meczu na mecz polska drużyna powinna prezentować wyższy poziom, który przystoi obrońcom tytułu...

W piątek miał miejsce pierwszy mecz z USA. Katowicki Spodek ponownie „odleciał”, niesiony dopingiem niemal 11 tysięcy kibiców, którzy byli świadkami zwycięstwa po pięciosetowym boju. Jednak niewiele brakowało, by musieli przełknąć gorycz porażki. Po pierwszym wygranym przez Polaków secie, w którym gra zaczynała wyglądać coraz lepiej, przyszła kolej na dwie przegrane partie. Ale w jakim stylu! Trzeci set był wręcz kompromitujący, wynik wskazywał kolejno 8:2 i 16:4 dla gości, by zakończyć się rezultatem 25:13. Drugi pojedynek wyglądał już nieco lepiej, ale gra Biało-Czerwonych wciąż falowała. Daleko jej było do pamiętnego finałowego meczu w Sofii, który miał miejsce dokładnie rok temu. Tym razem Stanley nie przestrzelił, ale gdyby on i Priddy wciąż byli w drużynie, wynik mógłby wyglądać zupełnie inaczej.
 
Nie przestrzeli, bo nie ma go w kadrze. fot. FIVB

Szanse na awans do turnieju finałowego wciąż są realne, mimo tragicznego wręcz początku rozgrywek. O tym, czy Polacy będą walczyć w Argentynie zadecyduje dwumecz z Bułgarami, którzy nie dość, że są trudnym przeciwnikiem, to będą mieć jeszcze przewagę własnego boiska.

Bez wątpienia, jest to możliwe. Ale nie oszukujmy się, z taką grą szanse na ponowne sięgnięcie po złoto Ligi Światowej są nikłe. Choć drużyna jest niemal tą samą, która w ubiegłym roku w Sofii stanęła na najwyższym stopniu podium, forma przypomina tę z Londynu. Brakuje zgrania, choć zawodnicy nie grają ze sobą pierwszy sezon. Brakuje regularności, momenty świetnej gry przeplatane są fatalnymi pomyłkami, które na tym poziomie nie powinny się zdarzać. Z trudem wypracowywane przewagi znikają w mgnieniu oka, po całych seriach traconych punktów. Można odnieść wrażenie, że brakuje radości, brakuje tej iskry, która napędzała zespół do walki.

Owszem, w meczach z USA naszym sprzyjało szczęście. Ale samo szczęście, nie poparte dobrą formą to za mało, żeby móc wygrywać z silnymi przeciwnikami. Jeśli w najbliższy weekend Sokolov będzie miał „swój dzień”, niewiele będzie można zrobić. A nawet jeśli awans uda się wywalczyć, w Mar del Plata nie będzie już słabych drużyn, tam będzie granie „na serio”.

Czy Polacy będą znów zachwycać swoją niezwykle skuteczną i efektowną siatkówką? Niektórzy uważają, że trener traktuje Ligę Światową tylko jako rozgrzewkę przed Mistrzostwami Europy, których zresztą jesteśmy współorganizatorem. Jednak sam Andrea Anastasi zaprzecza, twierdząc, że obie imprezy są dla niego ważne. Jakim wynikiem się zakończą, okaże się już wkrótce. Jedno jest pewne – ta drużyna potrafi wygrywać. Musi jedynie odnaleźć zagubioną gdzieś formę sprzed roku.